RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2003

Do widzenia

30 lip

Już jutro…Dziś raczej…Rozwinie się przede mną wstążka dalekiej drogi, na północ. Tam, gdzie piasek śpiewa pod stopami, gdzie mogę popatrzeć daleko…Morze…Już, wreszcie..Cały rok czekam…Pojadę, popatrzę, posłucham, będzie mi szumieć spokojem, zabiorę ten szum na resztę czasu bez morza. Ciepły piasek przesypię między palcami. Nie mogę się doczekać. Odpocznę, popatrzę z daleka na rzeczywistość. Tego mi potrzeba. Będę się śmiać, czytać, pływać po ciemku aż do bólu ramion. Tak daleko wypływać nocą. Kocham to.
Dzięki serdeczne za wszystkie miłe słowa tu wpisane, dzięki tez za samo czytanie, bez komentarzy…dzięki…lubię to bazgrolenie moje, i wasze…
Do przeczytania, mili:)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

!!!!

28 lip

Juz!!! Wreszcie!!! Chmury, coraz cięższe! Grzmi, daleko jeszcze!!! Zaraz spadnie deszcz!!! Pójde moknąć, wróce kiedy deszcz przestanie padać, kiedy przestanie wplątywac sie w moje włosy, głskać skóre, kiedy wiatr nie bedzie juz tanczył z moja sukienką. Burza. Moja adekwatność. Wreszcie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem

28 lip

Noc świerszczowym koncertem przelewa się przez moje uszy, wiatru powiewem wpada we włosy, cieniem uśmiechu drży poza kręgiem lampki. Kamykiem z gwiazdki spada do moich stóp. Opuszki palców dotykają czoła, kości policzkowych, ust. Sprawdzam. Siebie. Jestem? Jestem. Czuję. Tracę.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rachuneczki

27 lip

Nuzak, mój pies, rezultat myślenia spontaniczno-nierozsądnego rośnie. Ma paskowany ogon. Puchate uszy, piękne oczy. I pewnie wszystko byłoby sielankowo, gdyby nie miała tak ostrych zębów. Muszę podliczyć moje psie straty.
Pożarte dwie, cieniutkie ulubione spódnice. Pachniały widać nader obiecująco. Ostre szpilki z zachwytem poszarpały cieniutki materiał.
Dwie pary obgryzionych drzwi.
Dwie balustrady ze śladami ostrzenia ząbeczków.
Koszulki Smoków, i Smokowych gości…..niepoliczalne wręcz straty.
Porysowane ręce.
Zeżarte kwiatki, i inne miłe mi roślinki.
Dziura na środku trawnika. Hmm…To może nawet zysk, ot taka pułapka na nieproszonych gości.
Pożarty wąż ogrodowy….To była straszliwa walka.
Więcej nie pamiętam.
Bywający jest zbulwersowany. „Zrób cos z tym psem! I nie stawiaj miotły włosiem na dol., tylko do góry!!! Kwiatki niepodlane! Schną! I Smoki są nieznośne, nie słuchają mnie wcale”.
A ja? Czasem się wściekam, a czasem odpowiadam spokojno-ironicznym tonem: „Kwiatki? Suche? To podlej. Smoki? Nie słuchają? Mnie słuchają. Z psem? Zrobić cos? Zawsze możesz wziąć go na spacer. Nie odkurzone? Pamiętasz, gdzie odkurzająca machina? No właśnie….Zrobisz to znakomicie.”
I takie dialogi na cztery psie łapy prowadzimy. Może powinnam farsę napisać? O tym, jak to pies i źle postawiona miotła stały się przyczyną rozpadu świetlanego małżeństwa. No właśnie, a nie potencjalny czy realny kochanek. Po prostu, moi mili, rzeczywistość skrzeczy, a miotła i pies mogą być najbardziej upupiającymi rzeczami w świecie.
A może….Wsiądę na miotle, i odlecę? Jak Małgorzata? A gdzie Asassello?? Nie wspominając Mistrza…A ja…lubię żółte kwiaty.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Karuzela

26 lip

Ranek był mglisty, tak jak zazwyczaj w październiku. Mleczny opar otulał świat za oknem. . Usiadła ciężko na stołeczku w przedpokoju. Teraz męczyło ją wszystko. Trudna sztuka ubierania, kiedy nieposłuszne plecy bolały a palce drżały, walcząc z guzikami. „Muszę chwilkę odpocząć”. Dzień zapowiadał się ładnie i pogodnie, a ją czekała wyprawa do sklepu. Ot, zwykłe rzeczy, bułka, mleko, kawa, której aromat tak lubiła. Zawsze rano wypełniał pomarańczowa kuchnię. Dawał zadowolenie, i smak pewności tego, że ranek do ranka jest podobny. Jeszcze niedawno wyręczał ja w parzeniu kawy mąż, ale teraz, kiedy została sama, miała czasem wrażenie, że on jednak siedzi naprzeciwko, i zamyślony patrzy na nią.
Powoli wstała. Sięgnęła po płaszcz, wyjęła klucze. Zamknęła starannie drzwi. Wyszła z mrocznej bramy na złocista od klonowych liści ulicę. Zatrzymała się. Tyle jesieni minęło, a ją nadal cieszył ten widok. Szpaler złocistych klonów wzdłuż ulicy, słonce i opadająca mgła, rosa na trawie, jeszcze zielonej. Zwykła ulica, znana od tylu lat…A jednak cieszyła ja zawsze. Uśmiechnęła się, i wolno poszła w stronę sklepu. Słonce grzało delikatnie. Lekki wiatr zrywał liście… Do sklepu zaledwie parę kroków, ale teraz, kiedy tyle dni miała za sobą, droga ta wydawała się czasem nieskończona. Ale nie dziś. Dziś było inaczej. Szła powoli, zadowolona, lekko uśmiechnięta. „Dlaczego nie iść do parku?” Zastanawiała się. W powrotnej drodze zrobi te swoje zakupy, a teraz, tak pięknie. Zapragnęła usiąć na małej ławce, popatrzeć na drzewa, przechodzące tedy do szkoły dzieci. Weszła za bramę. Park nie był duży, ale drzewa w nim rosnące były stare, budowały zwarte sklepienie. Jeszcze niedawno karmiła tu z mężem wiewiórki. Przybiegały jak płomyczki, porywały herbatnik lub orzech, obrabiając je w ruchliwych pyszczkach. Małe duszki drzew. Myślała o tym z uśmiechem. Usiadła na ławce tuz przy placu zabaw. Lubiła przyglądać się młodym matkom z wózkami, dzieciom już samodzielnie biegającym na chwiejnych jeszcze nóżkach. I tym nieco większym, które zawsze układały swoje tajemnicze zabawy. Nigdy nie miała własnych. To był chyba jej największy zawód. Kiedyś marzyła o małych raczkach, które mocno obejmują jej palce. Jedwabistych włoskach, zaczepnym uśmiechu.
Teraz było tu jeszcze pusto. Dzieci już były w szkole, a na spacerowe mamy z wózkami jeszcze za wcześnie. Rozejrzała się dookoła. Spojrzała na placyk. Coś ja korciło. Uśmiechnęła się po łobuzersku, do siebie i swoich myśli. Wstała. Wolno podeszła do karuzeli, stojącej na środku placu. Dotknęła chłodnych siedzonek. Lekko pchnęła jedno ręka. Karuzela zapiszczała i drgnęła. Zakręciła się powoli. Popchnęła ją raz jeszcze. Trochę mocniej. „A właściwie, to, czemu nie?” Pomyślała. Usiadła najpierw ostrożnie, potem głębiej wsuwając się w krzesełko. Oparła stopy o ziemię. Odepchnęła się, i zakręciła. Roześmiała się cichutko. „Ech, gdyby to moja szwagierka widziała, uznałaby, że zwariowałam. Ale dlaczego nie zrobić czegoś, czego się bardzo chce? To niewinne zupełnie… A że ja, starsza pani mam ochotę się przejechać na karuzeli? Nic w tym złego”.
Karuzela kręciła się wolno, od czasu do czasu popędzana przez jej dłonie. Było tak przyjemnie. Przymknęła oczy. Słońce grzało jej w twarz. Spod półprzymkniętych oczu widziała wirujące liście. „Ja tez wiruje…Jak liść” pomyślała. Liście zaczęły układać się w mozaikę z różnymi obrazami.
Wielki dom w Sarajewie. Mama pachnąca lawendą, szelest jedwabiu jej sukni. Ojciec z długimi wąsami, kunsztownie ułożonymi, pachniał cygarem. To on zabierał ja w różne miejsca, pokazywał i tłumaczył świat. Zabawy z braciszkiem. I ten uroczysty dzień, kiedy stała, taka speszona, ze spuszczonymi oczami, i wręczała ogromny bukiet z czerwonych róż. Biały mundur następcy tronu, taka piękna pani obok niego. I nagle huk, czerwona plama na białym tle. Jakieś mocne ramiona, które podnoszą ja z ziemi, i niosą do domu. Płacz, strach, strzały. Nagły zmierzch dzieciństwa. Śmierć ukochanego ojca. Hiszpanka, która tak przerzedziła szeregi znajomych twarzy. Zupełnie inny świat. Wędrówka z matką i bratem w poszukiwaniu nowego miejsca. I ten zmierz, kiedy z Kopca Kościuszki patrzała na Kraków. Wtedy poczuła, jak bardzo pragnie tu zostać . Zostali. Nie było łatwo przyzwyczaić się do życia za ściśle określone pieniądze, bez ojca, który był oparciem. Ale była młoda i silna. Pracowała, uczyła się. Prawie realnie poczuła ból ramion po wiosłowaniu na Wiśle.
A potem ten Pan Stach… Znacznie od niej starszy, patrzący na nią z zachwytem Przy nim czuła się najpiękniejsza kobieta na świecie. I była piękna. Nawet teraz, kiedy siwe włosy łagodnym obłokiem otaczały jej twarz, można było znaleźć w niej piękno.
Stach…ślub w Nowym Sączu, chłodne liście białych tulipanów…jej wzruszenie. I szczęśliwe, cudowne zycie w Lesznie. Owczarek podhalański, Misio, wiernie drepczący za nią po ścieżkach dużego ogrodu. Uśmiech starej matki. Rauty, bale, podróże, pęd sań zimą. I ten dzień, kiedy widziała go po raz ostatni. Stał przed nią w mundurze kapitana rezerwy. Taki znany, ale przez mundur oddalony. Kochana twarz, ciepło oczu. Ostatnie słowa i szepty. Pożegnanie. A potem jedna kartka ze Starobielska. Następna. I cisza. Szukała go po wojnie długo. Nie znalazła, wiedział, że tam zginęli wszyscy. Ale mimo to całkiem irracjonalna nadzieja tliła się jeszcze. Zapłakane noce, tęskonta za przyjacielem, kochankiem, mężem. I ta okropna bezsilność. Niepewność.
Pewnego wieczoru, już po opuszczeni własnego domu, do kantorka, gdzie pracowała ktoś wszedł. Padał śnieg. Mężczyzna stał chwile w otwartych drzwiach, wpuszczając do środka płatki śniegu.,”Co za człowiek?…Co za charakteryzacja idiotyczna?..Zupełnie nie na miejscu..I po co??” Pomyślała zdziwiona. Płatki śniegu osiadały na czarnej czuprynie, zwichrzonej i sterczącej na wszystkie strony. Patrzały na nią czarne oczy spod krzaczastych, nastroszonych i również czarnych brwi. Wyglądał groteskowo. Ukłonił się i przestawił. Podała mu rękę, ledwo hamując śmiech. A potem…Rozmowa potoczyła się gładko. To nie charakteryzacja…Taki był pan Bolesław. Przychodził często. Dbał, aby jej było dobrze, i bezpiecznie. Nie myślała o nim zupełnie. Ciągle miała w pamięci Stacha. Wojna się skończyła, mogła wyjechać z Jasła. „Znajdę panią, gdziekolwiek pani będzie” Ech, takie deklarcaje…W tym czasie…Nie wierzyła. Zresztą, po co? Był kolega, przyjacielem może, ale nie myślała o nim w żaden inny sposób.
Znów wędrówka…Katowice, wspólne z koleżanka mieszkanie. I pewnego dnia, na progu znów tak jak wtedy…Zaskoczył ją. Nie wyglądem. Tym, ze rzeczywiście ją znalazł. Znów był blisko, zawsze, gdy był potrzebny. Zawsze uśmiechnięty, czuły, ale nie narzucający swej adoracji. Mama radziła…”Zastanów się..” Ale przecież…Stach…Tak jeszcze obecny…
Bolesława polubiła bardzo. Ceniła go, lubiła jego poczucie humoru, umiejętność słuchania, dzielenie się myślami. Podjęła decyzję. Skromny, cichy ślub w Kościele Mariackim, pod Matka Boska Ostrobramską.
Wreszcie stabilizacja. Bielsko. Ciepło i czułość, delikatność sprawiły, ze pokochała go tak, jak nigdy nie sadziła, że to możliwe. Zawsze, do końca troskliwy, wracający z krótkiego spaceru, bardzo zmęczony staruszek, zawsze z bukiecikiem kwiatów dla niej. Dla swojej Marychny.
Karuzela wirowała nadal…Nadal liście spadały z drzew. A czas miniony ciągle przepływał miedzy powiekami….Tyle dobrych, pogodnych dni. Mimo wszystkich zawieruch wiedziała, że była bardzo szczęśliwa. A może, dlatego umiała cenić to szczęście?
I teraz, to, za czym zawsze tęskniła najbardziej. Maleńkie rączki. Zdziwione światem granatowe oczy. Zapach małej główki. Płacz…Nieświadomy jeszcze uśmieszek. Jej wnuczka, jeszcze taka blada, szara, ale promieniejąca, z maleństwem na rękach. „Mam prawnuczkę…” Wyszeptała…”Czego jeszcze mogę chcieć? Spełniło się wszystko, czego pragnęłam” Karuzela kręciła się lekko, słonce świeciło w półprzymknięte, oczy. Jakiś liść opadł lekko na jej włosy. Karuzela kręciła się coraz wolniej, wreszcie stanęła. A ona siedziała dalej, patrząc nieruchomo prosto w jesienne słońce.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bańki

26 lip

Stała na wysokim balkonie obrośniętym winoroślą. Przechylając się przez balustradę, w palcach zaróżowionych słońcem trzymała przeźroczysta szklankę z woda z mydlinami. Nachylała się, i złotawą słomką wydmuchiwała banki. Leciały wysoko, zamykając w sobie balkon z winoroślą, szczyty pobliskich drzew, kolor nieba. Każda bańka jak maleńki świat, zamknięty w tęczowej kuli. Wolno i lekko leciały coraz dalej. W słonce, w drzewa, w wylot rozgrzanej dniem ulicy. Rozpryskiwały się gwałtownie, zostawiając tylko na moment rozczarowane i zdziwione spojrzenie zielonych oczu dziewczyny. Zaczerpnęła więcej płynu ze szklanki. Wydmuchała całe mnóstwo drobnych banieczek. Każda zwielokrotniała świat. Patrzała przez nie na skrzywiona tęcza uliczkę, na swoje odbicie. Rozprysły się znowu. Powoli odstawiła naczynie. Przechylając się przez barierkę spojrzała na znajome miejsca. Tak, prosta, pozbawiona tęczy i zaokrągleń optyka rzeczywistosci była jednak lepsza.. Odgarnęła włosy. Weszła do pokoju. Czas baniek minął. Uśmiechnęła się do małej tęczy odbitej na ścianie. Ta była rzeczywista. Prawdziwa.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Chaos

25 lip

Układanka z moich myśli. Kawałeczki. Skrawki. Chaotycznie rozrzucone. Lekko przesuwam palcami…próba dopasowania. Luki. Przerwy. Kawałek błękitu. Chmura odbita w moich oczach. Napięty łuk brwi. Wygięcie ust. Kapryśne. Kosmyk nieposłuszny. Myśl nie na miejscu. Próba doboru słów. Boląco banalnych. Obraz za oknem. Banał zachodu słońca. Jakiś promyk. Gdzieś. Niedokończony dźwięk. Interpretacja zbyt wyszukana. Wytarte słowa. Uśmiech przez wiatr. Deszcz. Mgła przed oczami.Wolę noc. Nieokreślone kontury i kształty nie są sobą…albo są inaczej. Ciągle układam…próbuje dopasować. I zastanawiam się, czy bardziej nie pociąga mnie chaos przypadkowości niż przemyślana układanka? Wszystko musi być planowane? Lepiej nie myśleć, nie tworzyć świata w wyobraźni. Sięgać po to, co jest. Szybko i spontanicznie. Nie analizować. Moja układanka do pudełka, nieskończona? Może i tak, może kiedyś ja skończę, wtedy, kiedy będę miała wszystkie fragmenty siebie.
A jednak…widzę piwne oczy…z ciemnym łukiem brwi…pełne usta z półusmiechem rozburzone włosy z niesfornymi kosmykami opadającymi na twarz….linie szyi i ramion…Lubię to odbicie. Kiedyś nie mogłam tego powiedzieć, teraz mogę.
I, jakkolwiek by nie było, czegokolwiek bym nie zrobiła, to zawsze zrobię tylko to, czego naprawdę chcę. Choćby jeszcze bardziej chaotycznie. Przecież ład powstał z chaosu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przysłowia

20 lip

Wakacje…goście…goście , wakacje. Kawa, herbata, ścielenie łóżek, pyszny obiadek. Grill . Sałatka. Zwiedzanie. Błaznowanie. Zamieszanie. Zamęt. Dogadzanie. Uśmiechanie. Gadanie. Zabawianie. Ciasto. Powarkiwanie. Rozmowy. Zmęczenie. Gary. Talerze. Maliny. Czas.
Cisza, spokój, ach……Wielowymiarowe aspekty powiedzenia „Gość w dom, Bóg w dom” :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ciasteczka

16 lip

Pamiętacie magdalenkę Prousta? Małe ciasteczko wywołujące skojarzenia, budzące wspomnienia? Ciągle je gdzieś znajduję. Czasem łapię taką chwile, a raczej ona mnie łapie… Przesuwam palcami po liściach i owocach wyrzeźbionych na moim kredensie, i widzę różne obrazki z mojego dzieciństwa. Ten sam kredens, wtedy z serwetkami, stół z białym obrusem, płonące świece w kutych, czarnych lichtarzach. Wzór z cieni gałązek na suficie, z pastelowym odbiciem świeczek. Mamę w bordowej sukni z kryształkami. Zapach barszczu, jodły, perfum, elegancki garnitur mego dziadka, chmurę srebrnych włosów babci. Czas tak bardzo odległy, miniony, zamknięty nieodwołanie. A jednak wraca.
Tak jak złote klony jesienią, w pogodny, słoneczny dzień zawsze przypominają mi jeden z ostatnich spacerów z Mamą.
A teraz…kiedy jadę na rowerze z moimi Smokami, drogą między polami, przypływają do mnie wakacje z dzieciństwa, w Międzyświeciu. Smak rozgryzanych ziaren zbóż, ich szorstkość na języku. Zabawy z moim kolegą, teraz już nie pamiętam, jak miał na imię. Mroczny las w okolicach prastarego grodziska, pachnący tajemnicą, a potem ukradkiem zjadane maliny z ogródków nauczycielskich…
I zastanawiam się, czy kiedyś moje Smoki będą tak pamiętać, czy będą miały swoje dobre, jasne, magdalenki? Chciałabym….

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Lekko

14 lip

Mała, czerwona książeczka. Z orzełkiem na okładce. I zapowiedz wszelkich potencjalnych podróży, tam, gdzie zawsze chciałam pojechać. Miejsc, które znam z książek, wyobraźni, zdjęć. Nie wiem, czy się uda choć w małej części realizacja tego marzenia, ale jak miło jest pomyśleć, że teraz naprawdę wystarczy tylko wsiąść w samochód, trzasnąć drzwiami, ruszyć z piskiem opon, i już droga prowadzi mnie tam, gdzie ja chcę. Albo…wskoczyć do pociągu…byle jako nie-byle-jakiego:)
A przedsmakiem była dziś rewelacyjna wystawa „Ziemia z nieba” Takie zdjęcia, takie miejsca, kolory i ludzie, taki sposób patrzenia na świat…I miejsce ekspozycji nie byle jakie Planty, od Franciszkanów, pod sam Wawel. Tu naprawdę, wszystko się może zdarzyć.
Ech…to był dobry dzień, i nawet pan Tadzio nie musiał mnie głaskać po włosach. Dzielna byłam bardzo:)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS