RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2003

Sacrum

27 wrz

Stoi przede mną pudełko. Staromodne. Bordowe, z drobniutkim, złotawo-wypłowiałym szlaczkiem. Otwieram, i dobrze wiem, co tam będzie. Kilka malutkich kaftaniczków, sukienuś maleńkich, jak dla lalki, czapeczka, niewiarygodnie mikroskopijna. Koperta z kosmykami ściętych włosków. Pachnie starością. Trochę kurzem, trochę materiałami. Pod tymi wszystkimi ciuszkami są karteczki. Nierówne zwitki pożółkłego papieru. Wyjmuję je najdelikatniej, jak potrafię. Powoli rozprostowuję. Zapisane zielonym długopisem, nierównym pismem, zmęczona, niepewną dłonią. Ktoś obcy mógłby pomyśleć, że to jakieś nic niewarte strzępki. A dla mnie…to moje pierwsze widzenie świata. Oczami mojej Mamy. Pisane zaraz po moim urodzeniu, ze szpitala. O czym? O bólu, o pragnieniu i kompocie, o ludziach, którzy pomogli, o herbacianych różach od mojego dziadka. O mnie. O granacie małych oczu. O pierwszym karmieniu. O tym, jak bolą piersi. I o tym, jak zaczyna się kochać maleńkie dziecko. Kochać tak bardzo, że starcza mi tej miłości teraz, kiedy Mamy dawno już nie ma. I odnajduję te wszystkie uczucia w sobie, kiedy trzymałam po raz pierwszy w ramionach moje maleńkie Smoki. Miłość przekazana od Niej. Kilka godzin po 26. 09, chce o tym napisać. Bo to też był Jej dzień, Jej święto.
Te małe karteczki….moje sacrum.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Cud, miód i sąsiedzi :)

25 wrz

Rano jest zawsze zamieszanie. Najpierw sama musze się jakoś doprowadzić do pionu. Potem zwlec z łóżek smocze towarzystwo. O ile Smok Środkowy to ranny ptaszek, i czasem zdarza się, że to on mnie budzi, o tyle Smoczyca i Mały Smok to śpiochy. Dobudzenie ich graniczy z cudem. Najpierw buziaczki, szeptanie, potem, stopniowe intensyfikowanie bodźców budzenia. Robię śniadanie, z pół-zamkniętymi oczami nalewam mleko, herbatę, smaruje kromki. I co jakiś czas wołam. „Smoki, śniadanie!!” Właściwie, przydałaby mi się tuba. Wreszcie złażą, siadają do stołu. I wtedy zaczyna się walka. Jeden spojrzy krzywo, drugi nie w tę stronę, zrobi niewłaściwą minę, i już awantura gotowa. Zostawiam je zazwyczaj w jadalni, w stanie wojny śniadaniowej, a sama, w zależności od pory, albo człapię na górę, albo pędzę się ubierać. Dziś to był krok pośredni. Byłam w sypialni, w stroju niekompletnym, ale już nie koszulkowym, gdy zadzwonił telefon. To sąsiad, ojciec największego przyjaciela Środkowego. I usłyszałam coś, co wprawiło mnie w zachwyt…co tam zachwyt, orgazm nieledwie. „Liskaa, będę codziennie, oprócz poniedziałków zabierał dzieci do szkoły, wiec się nie szykuj, i siedź spokojnie w domu”. Złoty ten człowiek nawet nie wie zapewne, jaka rozkosz mi sprawił.:) Tak więc Smoki wylazły za furtkę, i czekać miały na Sąsiada. A że wydaje im się, że jest lato, wiec kurtek nie zabrały. Widząc to, wydarłam się, „Kurtki!!!” Wróciły. Bramka była otwarta przez moment, i ten cwaniak, szalony pies, Nuzak, dał drapaka. Samowolny, więc na żadne wołanie nie przychodził. Smoki pojechały, a ja, zrezygnowana, poszłam włożyć jakiś przyodziewek, który nadawałby się do gonienia za psem po osiedlu, w rannych godzinach. Już miałam wychodzić, kiedy zadzwonił domofon:
- „Psina wam uciekła” mówi sąsiad z następnej uliczki – ”Tak, wiem, idę jej szukać”
- „Przyprowadziłem, przyszła za moim Reksem” Rozpływam się w podziękowaniach, bo łapanie mojej rozbrykanej psiny to wcale nie jest łatwe zadanie.
I proszę, jak dobrze mieć sąsiadów. Nieoczekiwanie miły początek dnia :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Brak

22 wrz

-„Tato, chodź, poczytaj”-„Nie mam czasu. Mama poczyta.”
-„Tato, pojedziemy na rowery?”-„Nie mam czasu. Musze pracować.”
-„Tato, popatrz, tak ładnie, chodź na spacer.”-„Nie mam czasu. Mama z wami pójdzie.”
-„Tato, pomóż mi złożyć model.”-„Nie mam czasu.”
-„Pojedź z nami na weekend w góry”-„Nie mam czasu, mama was zabierze”.
-„Połóż się ze mną na chwilkę….”-„Tylko na minutę, nie mam czasu” Po minucie wstaje. Mały Smok płacze. -„Nie płacz, mam pracę, nie mam czasu, mama się z Tobą położy”- „Mama jest zawsze, a Ty tylko w sobotę i niedzielę!!!”- Płacz.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jesiennie

22 wrz

Mamy podrapane nogi. I ręce. I koszyczek z grzybami, ale z jakimi, to nie mam pojęcia, bo ja znam się doskonale tylko na pieczarkach. Jeżyny, brudzące palce słodkim sokiem. Szelest liści. I takie kolory…taki błękit. Wędrowaliśmy przez las, na pół już jesienny, bezdrożami, odkrywając coraz piękniejsze miejsca i widoki. Daleko Jezioro Żywieckie, z tej odległości niebieskie i lśniące. Czereda dzieci goniąca po lesie, gadanie z moja Przyjaciółką…Piękny dzień. I powrót krętą drogą, ze słońcem na plecach, fioletową i postrzępioną linią gór przed nami….a potem, z całej bajki wjechaliśmy prosto w korki. Dotarliśmy żółwim kołem ( bo nie krokiem), do domu. A tu…astma małżeńska. Stan permanentny i terminalny.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wyskok

18 wrz

Zrobiłam kolacje, nakarmiłam Smoki, zagnałam je pod prysznic. Poczytałam im bajkę, ucałowałam, utuliłam, przykazałam to, co zawsze przykazuję, kiedy gdzieś wychodzę, a Smoki zostawiam same. Pokiwały sennymi, wydawałoby się, główkami. „Tak, pamiętamy”. Zgasiłam światło w pokojach, zostawiłam zapalone w holu, żeby raźniej było. Nie pierwszy raz zostawiałam je same wieczorem. Musiałam załatwić ważne, także dla nich sprawy. Włożyłam buty, porwałam telefon i torebkę, zamknęłam drzwi, i pojechałam. Na miejscu szybkie, konkretne rozmowy, szczegóły dotyczące podpisania umowy. Moje pełne zadowolenie. Wróciłam, spiesząc się jak zwykle, kiedy Smoki są same. W domu cisza, ciemno w holu…Widać sami zgasili światło. Zajrzałam do pokoi pełnych snów, posapywania, i anielskiego spokoju. Wycałowałam śpiące słodko główeczki. Cicho zamknęłam drzwi.
Dziś, od rana bieganina, jak zwykle, kiedy trzeba iść do szkoły. Wreszcie Smoki odwiezione, ja piję kawę, zadowolona, podczytuję gazetę. Dzwonek domofonu. A to kogo niesie? Sąsiad, nie znany mi, odzywa się w te słowa.
„Pani dzieci wczoraj, kiedy Państwa nie było, rzucały z balkonu na jezdnię szklane butelki”.
Słucham. Nie rozumiem. Szczeka mi opada z hukiem. Kto? Moje aniołki grzeczne? A gość mówi i mówi, przez domofon, bo ja niby spod prysznica. Przynajmniej rumieńców nie widział. „Dobrze, wyjaśnię to” Odpowiadam. Siadam, i myślę. No tak…Widziałam pełno szkła na jezdni…Ale sadziłam, że pewnie jakaś stłuczka miała miejsce. A to…Stłuczka, i owszem, moich Smoków.
Pojechałam do szkoły. Lodowatym głosem kazałam zrobić rachunek sumienia. I wygarnęłam, bo im, o dziwo, nic złego nie przychodziło do anielskich, zaiste, główek. Smoki miny kiepskie zrobiły. Czyj pomysł? Najmłodszego. „Najstarsza, a ty?” „Też rzucałam, Mamusiu….” Zgroza. Moja córka, rozsądna taka, spokojna, wręcz zbyt spokojna….I taki wyskok…”Średni, co mi powiesz??” „Najmłodszy mnie namówił” „Rozumu nie masz własnego???”….Cisza…I gadanie moje, co się mogło stać, gdyby tak szkłem w kogoś…A oni…”Patrzyliśmy, czy ktoś nie idzie…” Ręce opadają. Nie mam siły się nawet wściec. Kara. Kara straszliwa. Zakaz wszelkich wyjść z domu, zakaz wizyt kolegów, komp zamknięty, TV również. Zgroza. Ale nawet nie protestowały.
A ja się zastanawiam, co będzie za chwilę? Za rok, za dwa? Skąd takie pomysły? Też psociłam, do spokojnych nie należałam, ale taki wyskok…
Całkiem poważnie zaczynam się obawiać dorastania. Odsunięcia się od domu, co siłą rzeczy będzie miało miejsce. Wpływów, nie zawsze korzystnych, silnej identyfikacji z grupą, potrzeby akceptacji takiej, że wiele głupot mały człowiek może zrobić. I staram się rozmawiać, tłumaczyć, przytulać, być z nimi w każdej chwili…
Ale w takich sytuacjach czuję się bezsilnie. I boję się tego, co będzie za jakiś czas.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wirowanie

18 wrz

Delikatnie zdejmuję folię z okładki. Zielona matowa gładkość pod palcami. „Wilk stepowy”. Pachną białe kartki, lubię ten zapach książkowy. Korca gładkością, znaczkami liter. Oglądam. Mała reprodukcja. Giorgio de Chiricio „Melancholia”. Dlaczego to? Będę wiedzieć po przeczytaniu. A skąd taki wybór? Czemu ta książka? To zabawna historyjka. Polecił mi ją mój Przyjaciel. Od niego dostałam „Narcyza i Złotoustego”, tegoż autora. Kilka książek pokazaliśmy sobie. John Irving, Topor, Hesse. Wiele innych. Ale te wymienione, chyba najbardziej zapadły nam w pamięć. Zawsze można się czegoś nauczyć, dostać lub dać, nie tylko w sensie materialnym. A to takie cenne. Przez książki, przez rozmowy, będzie dla mnie kimś szczególnym, mimo, że to zamknięty rozdział. Wiem to, i…umiem już napisać. Powiedzieć głośno samej sobie. I nie boli. Został, z dawnych czasów tylko wierszyk…I nie pytajcie, czy to przyjaźń była, czy…..Bo tego nawet ja nie wiem. Powiedzmy, że wirowanie. Ale…to przeszłość. Wyzdrowiałam.

Jesteś cieniem moich myśli
Wplątanym w każdy kosmyk wiatrem pocałowany
Echem obcasów na polnej ścieżce
Blaskiem zdmuchniętego płomienia

Znów pętlą uśmiechu otaczam twarz
Znów kark się łamie od wysokości
Boli…

Nie umiem złapać cienia
Powstrzymać wiatru
Echa zapisać nutami

Chcę…
Nie mogę…
Wiem…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Już!!!!

17 wrz

Kłusem, galopem, hejjjjj hoppp:))) Zaraz napisze. Za moment. Za chwilę. Wiem. Słomiany ogień.Lenistwo.Roztrzepanie…okropność. Brak powagi. Destabilizacja. I takie tam inne. Ale, jak mam pisac, skoro nie moge nawet wybrać sobie perfum?? Nie moge się zdecydowac? Bo i to, i tamto,niby ładnie, ale.. owamto już kiedyś było.Wreszcie wybrałam, zakupiłam, a teraz sobie wącham, jak ładnie pachnę;) Shafali…ciepło,orintalnie, ale nic dusznego w sobie to nie ma. Chyba mi się podoba, choć nie wiem, jak długo.
Dusza też prezent dostała:) „Wilk stepowy ” Hermana Hessego czeka na rozpakowanie, i przeczytanie. Lotem błyskwiccy pewnie. Tak więc, przyjemności sobie sprawiam, dbając o harmonie umysłu i ciała:) Choć…szczerze mówiąc, w moim wypadku wydaje sie to mało możliwe:)
Jest mi dobrze:) Złoto, czerwono i jesiennie, wrześniowo, a to mój miesiąc przecież:) Pogodnie. I pewnie tak bedzie do najbliższego weekendu. Ale ciii….to jeszcze całe, piękne, złote i pachnące trzy dni. Ech….mimo wszystko…kocham Cie, życie :))) (wiem, wiem, to banalne:) ale banały zazwyczaj sa najprawdziwsze w świecie :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Strach

11 wrz

Najmłodsze Smoczę założyło tornister, i potupało do szkoły. Takie duże. Samodzielne. A dla mnie wciąż malutkie. Wtulone.
Ze Smoczego przedszkola poszły do klasy jeszcze inne kajtki, niewiele ich, ale zawsze to znajomy pyszczek. A tu się okazuje, że koleżeństwa przedszkolne się skończyły. Każde polazło w swoja stronę, i mój Smok chyba się czuje trochę wysadzony z siodła. Siedzi sam, w pierwszej ławce. Pani jest…taka sobie, niespecjalnie miła. Smok wraca do domu, i szaleje. Energia go roznosi. Odreagowuje. Zawsze doskwierał mu nadmiar energii. Teraz, kiedy należy ja utemperować, i wdrożyć w szkolne koryto, Smok się buntuje. Staram się go rozumieć, dopieścić, chwalić. Ale czasem brak cierpliwości. Kilka dni temu umierałam ze strachu. A było tak. Odebrałam małego Smoka wcześniej, po starsze miałam pojechać o 16. Maluch, zapalony rowerzysta, wszedł do domu, rzucił mi tornister pod nogi, wypił wielką filiżanę soku, i w biegu wrzasnął „Idę na rower!!” „A idź” odpowiadam „tylko mi się melduj „ Poszedł. Ja ugrzęzłam w domowych gratach. Godzina 15.30. Smoka nie ma. 15.40. Objeżdżam osiedle, Smoka nie ma. Nie zaniepokoiłam się, bo często bawi się w różnych miejscach z kolegami. Wpadłam tylko do koleżanki, i poprosiłam jej syna, żeby rozejrzał się za Smokiem. I szybciutko do szkoły. Odebrałam dzieci swoje, i nie swoje, porozwoziłam towarzystwo. Dojeżdżam do domu. Sms. Z uśmiechem patrzę, kto do mnie zapewne ładnie pisze. I widzę, że to wcale nie to, czego się spodziewałam. „Nie znaleźlismy Smoka” Jasno i wyraźnie. Przestrach. Wszelkie złe rzeczy przelatują mi przez głowę. Wypadki, chuligani, każdy możliwy koszmar. Wsiadam do samochodu, starsze Smoki na rowery, i jedziemy szukać. Bywający, zdziwiony, sprząta garaż. Powoli pyta…a gdzie?….a co?…a czemu..? Nie mam czasu na dywagacje. Rura. Podjadę do samochodu ochrony, może go widzieli…taki mały chłopczyk na wielkim rowerze… Jeszcze jedna myśl. Może jest tu, u kolegi z przedszkola. Dzwonię. Ręce mi drżą. „Czy jest u Pastwa mój Smok?…I czekam na odpowiedź…Czekam „Tak, jest, bawi się w ogrodzie”….I dopiero teraz czuje, że mam miękkie kolana, że nagle mgła przed oczami….i taka ulga…i zaraz potem złość…wsciekłość…Tyle tłumaczenia, rozmów „Możesz chodzić, ale ja zawsze musze wiedzieć, gdzie jesteś” I nic, na darmo. Idzie, winowajca, z pochylona głowa, nawet dyskutować nie próbuje. Mówa czasem groźna jest. A w tym momencie, wyjątkowo. Nawrzeszczałam. Dałam karę. Zakaz wychodzenia poza ogród. I ryk Smoka. Straszny. Łzy jak grochy. Trudno, konsekwencje musi ponieść. Ale żal mi biedaka. Biorę na kolana, siadamy na schodach. Tulimy się. Mokra buzia od łez. Jego…I moich. Mówię, spokojnie, tłumaczę. „Synku…Boję się o Ciebie. Kocham Cię, nie rób tak”. „Też Cię kocham, Mówko…Zawsze będę pamiętał…”. Ech, i siedzimy, i tak dobrze mieć tego Smoka na kolanach, wiedzieć, że mogę go ochronić przed całym złem. Otrzeć każdą łezkę, wycałować pysio. Jak długo?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Szukam-nie-szukam

04 wrz

Coś chciałabym napisać, ale słowa wymykają się jak krople deszczu, są przezroczyste. Cóż można? Że smutno i szaro…a może to tylko takie jeden dzień…Nie, żeby był jakiś konkretny powód, ale tak…dla względnej równowagi, żeby nie było zawsze pogodnie. I nie tylko smutno…złość ma kolor czerwonego deszczu, całej ściany wody. Odgradza od świata. Tak, jestem zła, zła na siebie za własna złość. Dystans? Tak, jest konieczny i niezbędny, ale czasem gubię go, gdzieś był, zniknął…może pod stołem? A może na półce? Nie wiem. I nie zawsze chcę go szukać.
A może inaczej. A może szkoła i Smoki. To miłe, moje, ciepłe. Ale, nie daje pełnego obrazu mnie. Jak pisałam, nie jestem tylko mamą. Pełny obraz? Wcale nie mam zamiaru go pokazywać, ani tworzyć na blogu. Tu są tylko fragmenty.
Ech, marudzę….ale czasem muszę. I jeśli teraz nie pomoże mi kawa w ładnej filiżance…to świat się zawali z hukiem chińskiej porcelany.:))

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS