RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2004

Coś

29 kwi

Weź kilka kropli zachwytu, szczyptę pożądania, zapach Plant o zmroku, blask latarni rozpuść w wiosennym wietrze, posyp płatkami przekwitających drzew, dopraw młodą zielenią liści, aromatem ciepłych dłoni, cieniami uśmiechów w kącikach ust. Podpal spojrzeniem spod rzęs. Wypij te chwile duszkiem. Otuli Cię całą.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dziś

27 kwi

Myslowitz w głośnikach, złocistość za oknem, słońce w moich piwnych oczach, usmiech….taki właśnie uśmiech….dookoła. Bo…jak zawsze, banalnie, ale…piórko na dłoni…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Łąka

27 kwi

Zaplątana ścieżka, zarośnięta liśćmi zachłannych roślin. Miedzy granatowymi irysami biegnie, dotykając lekko stóp. Dalej muśnięcia lawendowego zapachu, jedwabistość płatków róż. Furtka obrośnięta, ledwie widoczna w wapiennym murze. Chłód klamki we wnętrzu dłoni, skrzypnięcie. Mięta, pszczoły, motyle, łąka…Siadam. Obejmuję kolana. Zapach skoszonej trawy na moich ramionach…promyk słońca błądzi we włosach…flirt ze źdźbłem trawy, odchylam głowę do tyłu..płatki maków pod powiekami…cisza zwielokrotniona koncertem świerszczy. Powietrze, jak palce, gorąco drży… Mięta…tymianek…chrusniak…tam dalej….jestem łąką…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

On

26 kwi

Dzisiaj księżyc jest złotawy. Myśli wybiegają w niekontrolowane rejony. I tak jak zazwyczaj, kiedy mi smutno, zabłądziły w stronę mojego Przyjaciela. Przewinął się przez kilka notek.
Znamy się kilka lat. Odgadujemy nasze nastroje. Wiem, że mogę w środku nocy zadzwonić…i powiedzieć „źle mi…opowiedz mi cos” I opowiada. O bzdurach, albo o ważnych rzeczach. Bajki, kawały, historie. Sprawia, że się uśmiecham. Że jestem spokojniejsza….Rozbrajał mnie, dzwoniąc, kiedy byłam chora i sprawdzając, czy antybiotyk zażyty. Wie, że jestem roztrzepańcem.
Nie mówi mi żadnych słodkich słówek, nie uwodzi retoryką zdań. Choć mógłby. Czasem jest szorstki…ale troskliwy w tej szorstkości. Kiedy nie piszę pyta, czy żyję.
Wie, kiedy mi smutno. I ja wiem, kiedy jemu. Mamy wiele wspólnych myśli, ale i masę rozbieżnych. Kłócimy się z pasją, gorąco.
To jest ktoś, kto znając mnie dobrze, nie zrobi mi krzywdy. Nie w świadomy sposób. To jest ktoś, do kogo mogłabym się przytulić…i spokojnie ukołysać moje leki.
Czy go kocham? Nie. To byłoby emocjonalne samobójstwo. Bo..przy tym wszystkim, to człowiek, który boli. Zbyt jesteśmy do siebie podobni, a drugiej strony, żyjemy w zupełnie różnych światach, które maja mało wspólnego. Jego teoria wierności, czy raczej jej braku doprowadziłaby mnie do szału, gdyby był moim facetem. Czy jest pociągający? Bardzo. Intelektem, fizycznością, i tym nieuchwytnym czymś. Szorstką czułością, sposobem, w jaki obejmuje mnie, witając.
I przy tym wszystkim wiem doskonale, że wole go mieć jako przyjaciela. I wiem, że mogę spać obok niego, czując jego ciepło i zapach…ale….miecz miedzy nami.

Następna notka będzie o Tobie, Indi, jeśli nadal się nie pokażesz. Brzmi jak groźba? Tak ma brzmieć ***

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zachcenia

25 kwi

Nagrałam najbardziej eklektyczną płytkę w świecie, dom śpi, muzyka różna i różniasta sączy się za uchem, księżyc rogaty puka w szybę na przemian z deszczem. I wszystko wydaje się w miarę uporządkowane. Kredyt wywalczony, umowa z wykonawcą podpisana, nowy samochód stoi w garażu. Znów coś mi się udało, sprawy ważne załatwione. Jak zawsze, w pośpiechu, na ostatnią chwile, z napiętymi sznureczkami nerwów. Powinno mi być dobrze. Ale…tak, „ale” to małe, paskudne słówko, które zawsze wskakuje tam, gdzie nie powinno, generując szergi zachceń możliwych lub nie. Ale ( no właśnie, mówiłam, piekielne słówko) nie jest. Skrzydła przepadły, na dnie ciemnej szafy zakurzone leżą, pewnie szepczą chrupiącym je molom o innych czasach. A ja…ja chcę odpocząć, uspokoić się. Potrzeba mi ramion ciepłych i pewnych, teraz prawie czuję ten zapach…bezpieczeństwa ale i przyspieszonego oddechu…delikatności zmieszanej z burzą, prostoty i wyrafinowania. Dreszczy, kiedy czuję każdym włóknem skóry dotyk, smak, zapach….Chcę. Niecierpliwie, natychmiast. Chemia? Chemia.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Inaczej

07 kwi

Morze drobniutka fala dotykało bosych stóp. Ledwie wyczuwalnym, ciepłym dotykiem obejmowało nogi, kiedy powoli wchodziła coraz głębiej. Uśmiechała się z leciutkim drżeniem kącików ust, bo granica miedzy ciemnością powietrza i ciemnością wody znikła prawie zupełnie. Kolana…uda…miękkość wody coraz wyżej obejmująca. „No chodź!” zawołała, odwracając lekko głowę w stronę plaży, i w stronę jasnej plamy jego koszulki. „Nie…popilnuję rzeczy.” „Przecież nikt tego nie zabierze”. „Nie, nie chcę się kąpać”. „No to nie” prychnęła, troche zawiedziona, a trochę zła. Wchodziła powoli głębiej. Morze głaskało opaloną skórę, i jaśniejszą linię piersi. Odbiła się od dna, i popłynęła równo, jak na basenie, szerokimi ruchami rak i nóg odpychając wodę. Po chwili chciała stanąć, ale dno zniknęło spod stóp. Zaśmiała się cicho, schowała pod powierzchnią wody. Nurkowała z otwartymi oczami, widząc wilgotną ciemność pod sobą, a potem, wypływając na powierzchnie, ciemność wokół. Złowiony w palce piasek, z drobnymi kamykami i muszelkami, opadał szybko na dno. Zanurzenie w podwójnej ciemności wywoływało dreszczyk emocji, ale wierzyła swoim ramionom,. Płynęła równo i spokojnie, coraz dalej od brzegu. Kiedy poczuła zmęczenie, położyła się nieruchomo na tafli spokojnej wody. Nie było księżyca. Tylko gwiazdy wpadały blaskiem do morza. Jeszcze można było dojrzeć jaśniejsza postać, już ledwo rysującą się na brzegu. Odwróciła się w stronę widnokręgu. Ta plama na brzegu była dysonansem, nie pasującym do nocnego pływania nago. Już wcześniej próbowała go namówić, ale on, człowiek zawsze pełen zasad, obliczalny i zrównoważony stanowczo odmówił. „No bo ktoś zobaczy. Albo nam ukradną rzeczy” Nie przekonywały ją te argumenty. Ukraść? Sandałki i sukienkę? Czy koszulkę? A że ktoś zobaczy? No to co? Zawsze ważne było to, co ktoś może pomyśleć. Tak zwana opinia publiczna. To, co wypada, albo to, czego w żadnym razie robić nie należy. I taka nocna, naga kąpiel, to właśnie jedna z tych rzeczy, których poważni ludzie robić nie powinni. Cóż, nie czuła się poważną osoba. Niecierpliwym gestem odepchnęła od siebie te myśli, i popłynęła dalej. Rozpuszczała się w nocy i w wodzie, czując się tak, jakby sama stanowiła ich cząstkę. Uśmiechała się do własnych myśli, do tego, co czuła, wody przepływającej przez włosy, owijającej się miękko wokół niej. Jeszcze chwila tego pływania w innej rzeczywistości. Wyłączone wszelkie myśli, tylko sama czysta przyjemność bycia cząstka wody. Znów leżała na plecach, leciutko dryfując. Powoli zawróciła w stronę brzegu, płynąc i nurkując na zmianę.
Już piasek pod stopami…jeszcze kilka ruchów…i znów plaża. Schyliła się po ręcznik.
„Co tak długo?” zapytał.
„Cudownie było, szkoda, ze nie dałeś się namówić…woda cudownie ciepła” „Cóż, ktoś musiał pilnować ciuchów”- powiedział z wyrzutem. „Wcale nie musiałeś…” „No dobrze, nie chciałem, a teraz nie marudź, i pospiesz się. Jutro trzeba wstać, mamy zaplanowaną wycieczkę, pamiętasz?” „Pamiętam, że mamy wakacje, i nie chce się nigdzie spieszyć” Powiedziała z przekorą. Stała naprzeciw niego, z mokrymi włosami opadającymi na piersi, i zaczepnie podniesioną głową. Dobrze wiedział, co ta mina może znaczyć. „Rób, co chcesz, czekam w pokoju”. Odwrócił się, i poszedł. Zacisnął mocno zęby. Taka już była. Zmienna, i nieobliczalna. Żadnej planowości, żadnego uporządkowania. Pewnie tym razem zapomni ręcznika na plaży. Albo sandałów. Pusta głowa. O nic nie dba. Pływanie nago nocą. Co za pomysł. Zamiast posiedzieć spokojnie z piwem i znajomymi. A taka niby towarzyska. Z parkietu jej ściągnąć nie można. Tylko zabawy w głowie. Brak odpowiedzialności. Ona do niczego niczego beze mnie nie dojdzie. Myślał ze złością i rozżaleniem.
Szedł szybko, energicznie odmierzając kroki. Domek obrośnięty bugenwilią i oleandrami, był tuż obok. Otwarł drzwi. Zaciągnął zasłony. Włączył laptopa. Sprawdził firmowa pocztę. I pogrążył się w doniesieniach z kraju, i z własnej branży.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Moja geometria?

07 kwi

Przewracam, układam, wymyślam, zgaduję. Nawlekam frazy zdań, zlepki słow. Pajęczyna interpretacji. Żonglerka myśli. Czytanie pomiędzy płaszczem a podszewką. A tam? Pustka? Czy ciepło? Gmach z cegiełek, zlepków form. Wystarczy dodać jedną, lub zręcznie wyciągnąć druga. Wali się. Wielokrotnie drutowany garnek spoiwem z wyobraźni zanadto biegnącej. Powtarzalność. Miejsce na pożerający banał. Nieunikniony. Teatralne atrybuty. Maski antyczne i weneckie. Playback. Pożyczone tak bardzo, że zakorzenione jak własne. Zbudowana klatka nie jest rzeczywistością. Rzeczywistość…ma płynne granice. Między snem, wyobraźnia i marzeniem. Ich zacieranie jest zabójcze. Potrzebna mi geometria. Nakłute cyrklem, pocięte ekierką szlaki. Odcinki. Od A do B. Wymierzone. Żadnych niewiadomych. Ewentualnie określone zawsze sprawdzalnym wzorem. Przy podzielane na tysięczne części milimetra, niespodzianki nie wchodzą w grę. Wytyczony świat. Odmierzone myśli. I wszystko jasne. Prosta, równa droga. Płaski, spokojny krajobraz, odcięty horyzontem z matematycznego wzoru. Przesuwam wzrok nie zahaczając o nic. Geometryczna pustka całkowitego określenia. Bez marginesów, bez zakrętów. Tutaj nawet wiatr nie wieje, słońce jest chłodnie umiarkowane. Deszcz tylko w ilościach koniecznych do względnej wegetacji. Szarość kolorów nie przyciąga oczu. Tutaj nie lecisz, ale i nie spadasz. Idziesz równym krokiem, ani wolnym, ani szybkim. W jednolicie obliczonej szarości. Z A do B. Jest też alternatywa. Z B do A. Ale tylko wtedy, gdy najpierw dojdziesz do A. Tu nikt nie zawraca, nie zmienia, nie porzuca marszu. Uporządkowane, odmierzone, zaplanowane.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Blondi w ogrodzie ;-)

05 kwi

Zaczął się czas sadzenia. Pojechałam z Małym Smokiem do mojej ogrodniczki i nataszczyliśmy zielska mnóstwo. A miały być tylko paprocie…hmm…dyscyplina nigdy nie była moją mocną stroną. Kocimiętka będzie mnie latem czarować fioletową plamą, i chmurka zapachu, obok tojad, z dzwoneczkowatymi kwiatami…jesienią pojawią się przejrzyście lilowe ziemowity…i całą masa innych zielsk. Wpadłam do domu, wypakowałam roślinka, Smoka zapakowałam, i poleciałam z nim na trening. Bo to mały piłkarz jest.
Po powrocie wrzuciłam ziemniaki na gaz, żeby Bywajacy miał obiad, i pofrunęłam do ogrodu, sadzić galopem, bo chmury straszyły deszczem. Smok średni z kumplem i Smoczyca pomagali przeszkadzajaco, ale w końcu uznali, że lepiej wrócić do domu. A w domu…na szafę wleźć można. Całkiem fajny pomysł, tylko matka, co się na zabawie nie zna, zepsuła i zejść kazała.
I sadziłam sobie dalej w natchnieniu, gdy na taras wpadła Smoczyca z wieścią o szybie w drzwiach stłuczonej. Pognałam w domowe pielesze. Wpadam…a tu…cos bardzo nie tak pachnie…gnam do kuchni…i na obiad…ziemniaki-węgielki mogę podać. Bywający zakręcił chwile wcześniej gaz, a teraz stał na środku holu niczym wyrzut mojego sumienia. „Ziemniaki spalone, szyba stłuczona. Jak Ty dzieci wychowujesz? Wezwiesz szklarza, i sama zapłacisz, to zobaczysz”
No właśnie, co ja zobaczę? Ja, ciemna blondi???

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Fiołkowe opowieści

04 kwi

Pojechałam dziś ze Smokami w nasze stareńkie, spacerowe miejsce. Skałki Twardowskiego. Większość dziecinnych spacerów z wózkiem, potem, na małych, dzielnie tupiących nóżkach. Szaleństwa zimą na saneczkach, cudowne bałwany, z rondlami na głowach. Dawniej był to ogromy teren, miejsce fascynujących wycieczek dla kilkuletnich Smoków. Łąka, na której robiliśmy pikniki, dróżki, po których ciągnęło się niemiłosiernie hałasujące autka. Wyprawa na pół dnia co najmniej, po której małe szkraby padały ze zmęczenia. A dziś…idzie obok mnie panna, i dwaj przystojniacy z deskorolkami. Przeskakują skałki, biegną szybko na górkę. Spacer przez całe Skałki to chwilka teraz. Ale dziś pojechałam, bo…zachciało mi się fiołków. Cudnych, aksamitnie fioletowych, pachnących wiosną, słoncem, czymś słodkim i jakby owocowym. Zaopatrzona w małą, ogrodniczą łopatkę i tekturową skrzynkę, wykopałam kilka kępek. Mam nadzieję, że przyjmą się w ogrodzie, a po pewnym czasie utworzą gesty kobierzec. Jeszcze obok mają być paprocie….i…sama nie wiem, co…ale cos wymyślę.
A fiołki…mają szczególne miejsce. Cała moja dziecinna wiosna w Bielsku, była fiołkowa. Zbierałam je w rogach podwórek, zakazanych ogrodach, forsując płoty, i drąc na nich przyodziewek w tempie, które doprowadzało do rozpaczy moją Mamę. Najpiękniejsze rosły w wielkim, przedszkolnym ogrodzie, między starymi drzewami. Bo przedszkole mieściło się w dawnym pałacyku jakiegoś fabrykanta. Dom był obstawiony pachnącymi bukiecikami, które sprawiały Mamie radość…wtedy nawet na dziury w sukienkach spoglądała przez palce.
Ale były tez inne fiołki. Leśne. Na smuklejszych łodyżkach, bladofioletowe, i niepachnące. Jak duchy tych ogrodowych. Rosło ich mnóstwo nad Żabim Potokiem, który płynął za ogródkami działkowymi pod Szyndzielnią. Teraz…jest tam tylko dzikie wysypisko śmieci. A dawniej, każdej wiosny ja, i moja spokojna przyjaciółka, łaziłyśmy tam, zbierając kwiatki, licząc żaby, albo….forsując potok rowerami.
Była jeszcze Fiołkowa Dolina, tam rosły w cieniu gęstych brzóz. To w okolicach Jaworza. I wyprawy do innej mojej koleżanki, która była w owych czasach była szczęśliwą posiadaczką luksusowego domku pod miastem. Wyprawy do Jaworza, wielkie poczucie dorosłości, bo to i autobus podmiejski, i z przystanku kawał drogi miedzy polami i zagajnikami…no i ta dolinka, cudna wiosną.
I jak tu nie mieć takich kwiatków w ogrodzie? Niemożliwe. A może….może powinnam kupić sobie cos fiołkowo pachnącego? Hm….:-)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Marudzę

01 kwi

Prześladują mnie:
- stare wiersze, bardzo sentmentalne
- piosenki smutne
- myśli nieracjonalne
-mysli o kursie euro po 2 maja
-wizja zmian w ogrodzie
-nieodpisane maile
-perspektywa kartek światecznych
- nieuchronność weekendu
-matematyka mojej Smoczycy
-smutna pustka w moim wnętzru…o ile jeszcze takie mam.
I to by było na tyle.
A nie, jeszcze przesladują mnie pomysły na notki, jeden gorszy od drugiego.
I brak koperty w prawym dolnym rogu ekranu. Szczyt irracjonalnego myślenia.
Patrząc na to z innej perspektywy…w tym jestem naprawdę dobra.
Nie chce mi sie ubierać słów dziś, nie chce mi się porzadkować myśli.
Czuję się pusta…albo jak ślad po ognisku. Nie zapalę się. Nie.Prawie patetycznie zabrzmiało.
Dobranoc.

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS