RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2004

Codzienność

30 wrz

Budzik dzwoni o pogańskiej porze. Czasem myślę, że jakakolwiek by to pora nie była, i tak będzie koszmarna, ze względu na ten upiorny dźwięk. Bestia stoi poza zasięgiem reki, wymuszając moje nieprzytomne wstanie. A dziś razem z budzikiem do sypialni wkroczył Mały Smok. Wlazł pod kołdrę, przytulił się kłębuszkiem ciepła. Oczy mimowolnie się zamknęły, tak na momencik. Momencik okazał się godziną, kiedy średniak wpadł do pokoju obwieszczając godzinę 7.30. Nie wiem, jakim cudem udało mi sie skompletowac własną garderobę, niemniej, w pełnym stroju zagoniam Smoki do samochodu, i ruszyliśmy łamiąc wszelkie ograniczenia prędkości. Warto było. Zdążylismy:)
A reszta dnia minęła spokojnie. Troche z deszczem, trochę ze słońcem, z pewną wewnętrzna pogodą, i na przekór jesieni z zielenią w tle. Z filiżanką kawy miedzy domową bieganiną, ksiązką, i zapachem racuchów z jabłkami wieczorem.
I wiecie co? Smoki dzielne są. Same chodzą do dentysty:) I nie marudzą…powinnam brać z nich przykład:)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Sepia

23 wrz

Kilka zdjęć. Okruchy zatrzymanego czasu. Zwykły, żółty kubek kawy, z logo Tschibo, delikatną mgiełką pary, śladem ust lekko odciśniętym. Inne…niski lot jaskółek między kamienicami w prześwietlonej wieczornym słońcem ulicy. Dalej…szklaneczka pachnąca korzeniami, drżąca refleksami światła przepuszczonego przez czerwień grzanego wina. Połyskujący od deszczu w świetle latarni Kazimierz. Złote światłem żółtego abażuru ujecie pochylonej na książką głowy, splątanych przypadkiem włosów. Kolejne…perłowy świt sączący się przez firankę, malujący profil śpiącego mężczyzny. I jeszcze…delikatność bordowej koronki przy szorstkości jeansu. Nowe zdjęcie: wysoka postać za oknem metra, rozmazana szybkim ruchem. I zbliżenie rzęs, opuszczonych, usilnie zatrzymujących nieproszona łzę. Dwie filiżanki espresso, przytulone do siebie bielą i czernią.
Jeszcze jedno: dłoń pieszczotliwie przesuwająca się po grzbiecie książki z małą plamką kawy.
Cały album zwolna pokrywający się sepią, w okładce z moich dłoni.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Balonikowo

17 wrz

Jeszcze lekko tańczą kolorowe balony, jeszcze w uszach tupot dziesięciu par dziesięcioletnich nóg. Okruszki będą nocować na podłodze, jutro się nimi zaopiekuję. Tort pachniał latem i truskawkami, ale i ananasem. Krzyk i wrzask radości niósł się daleko po zazwyczaj spokojnym osiedlu. Ogród kulił się przed nieuważnymi nogami, piłkami, i zawodami w przeciąganie liny. Tak…to były urodziny średniego Smoka. Troszkę późniejsze, ale trzeba było koniecznie przesunąć termin, ponieważ najlepszy przyjaciel, Mikołaj wrócił nieco później z wakacji. A impreza bez Mikiego? Nie, nie ma takiej opcji, jak mawia mój syn.
Kiedy jeszcze szalałam w kuchni robiąc ptasie mleczko i usiłowałam równo ustawić pierwsze piętro tortu, niespodziewanie otwarła się brama i do akcji wkroczył Bywający.
„O, impreza się szykuje?” zapytał
„Tak, o 17 zaczynamy. Mógłbyś teraz pojechać po Smoki, właśnie kończą lekcje?”
„Po Smoki??? Cos ty, nie mam czasu, musze jechać.”
„Ale przecież będziesz na urodzinach?”
„Ja??? Nie ma mowy, mam pracę, i nie mam czasu na imprezy”
I wszystko gra, on jak zawsze nie ma czasu, ja, jak zawsze wszystko mam na własnej głowie…ale…nie przeszkadza mi to tak bardzo, jak kiedyś. Nie przeszkadza zupełnie.
Padam na nos, jestem zmęczona…ale zadowolona. Cieszy mnie to, że Smok taki uradowany, lubię sprawiać przyjemności. I…ciągle przypominam sobie, jak się urodził i moje zdumienie,kiedy go trzymałam po raz pierwszy, że ta buzia taka pomarszczona i nieładna. A na drugim dzień położna powiedziała: „ On ma najpiękniejsze oczy na całej porodówce” I…rzeczywiście. Buzia, zmęczona wędrówką na świat poprzedniego dnia wygładziła się, a z zawiniątka patrzały na mnie ogromne oczy. Granatowe jak pogodna, letnia noc. I…nadal są takie olbrzymie, tyle, że aksamitnie ciemnobrązowe. Ech…co mi tam świat, kiedy mam Smoki…i kiedy…uśmiecham się bez powodu, i zamyślam patrząc gdzieś daleko.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zwyczajnie

14 wrz

Gorący, błękitny dzień, gorący odchodzącym latem, kolorami przypruszonymi jesienią. Jest pięknie. Wczoraj Smoczyca przyniosła z ogrodu naręcze dojrzałych słoneczników. I zupełnie nie wiem, jak to się stało. Przecież to tylko chwil temu sama siała, troskliwie pochylona nad życiem w małych nasionkach. Jeszcze niedawno dziwiłyśmy się, że już kiełkują, i ze rosną szybko tak…a teraz dojrzałe. Zupełnie jak dzieci. Czasem mam wrażenie, że przed momentem chodziłam na spacery z wózkiem, karmiłam i czułam tak bardzo blisko ciepło i zapach maleńkiego ciałka. A teraz? Ciuchy, lakiery do paznokci, hip hop, rowery, kolesie, ech….cały ten zgiełk.
Mały Smok siedzi dziś w domu, bo wczoraj wrócił bez głosu ze szkoły. Leczę go domowymi sposobami, i mam nadzieję, że wszystko będzie ok., i poważniejsza interwencja nie będzie potrzebna. Powoli przyzwyczaja się do nowej szkoły, trochę się uspokoił, co nie znaczy, że nie jest łobuzem. Lubi Panią, jakoś nawiązuje nowe kontakty z dziećmi. Dziś pierwsze zebranie w szkole starszych Smoków. I tak jakoś się to toczy…a ja….znacznie częściej się uśmiecham.
Ps. Wiecie, jak jest hip-hop po słowacku? Hop-cup :))

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Konsulat rosyjski

06 wrz

pod nim kwiaty, znicze, maskotki, listy. Nasz bukiecik z białych i lila astrów. Nie można nie płakać.
Rosja, bez znaczenia, carska, stalinowska, putinowska…tak samo nieludzka.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wakacje:)

03 wrz

Wróciłam kilka dni temu, a jeszcze ciągle mam wrażenie, że zaraz po otwarciu oczu zobaczę za oknem jakiś piękny widok Tegoroczne wakacje…wyjątkowo bez morza, i przyznam, że obawiałam się trochę, bo kocham Bałtyk. Ale jednak przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Tydzień spędziłam na Słowacji. Mieszkaliśmy w wiosce odsuniętej od wiekszych dróg, miedzy Rozemborokiem a Dolnym Kubinem. Ja ze smokami i moja koleżanka z własną trójka, więc dzieci była chmara. Każdy dzień był wypełniony innym wypadem, ale chyba największe wrażenie zrobiły na nas Demianowskie jaskinie. Świat jak z bajki, pełen najrózniejszych form, kusząco miękkich, grających wieloma kolorami. Podziemne królestwo, tworzone od dziesiątków tysięcy lat. Rzeka, jeziora o wodzie tak przejrzystej, że można policzyć każda leżącą na dnie drobinkę. Lodowe stalaktyty, iskrzące się zimnymi tęczami, kamienne draperie, kaskady i przeróżne inne formy, o zachwycająco miękkim rysunku. Moje skojarzenie, podzielone już z kimś to…katedra Sagrada Familia w Barcelonie, niezrównanego Gaudiego.
Ale i ostróżki, dziko rosnące nad potokami, intensywnie granatowe były piękne, i urokliwe schodki w Rozemboroku, wodospad pod Rohacem, wędrówka do przełęczy nie pamietam, jakiej. Lato, kolory, zapachy, poziomki na górskich lakach. I roześmiane Smoki, łapiące wrażenia jak gąbka. Ale mimo tych cudów Słowackich, ja zakochałam się zupełnie gdzie indziej. Pojechałam do Kątów Bystrzyckich. To maleńka osada w okolicy Lądka zdroju, pięknie położona w dolince. Maleńka, bo stałych mieszkańców jest około 60 osób. Ale…dom, gdzie mieszkałam, cudownie ciepły, z przyjazna atmosfera, i zupełnie niekrępujący. No i piękny, te podmurówki z naturalnego kamienie, chyba granitu i porfiru są piękne. Ogród taki dziki, nieuporządkowany, i przez ten właśnie chaos wyjątkowy. Malwy na 2,5 metra, kuta ławeczka pod sumakami, a na tarasach morze czerwonych pelargonii.
Dróżką nad naszym domem można było iść na łąkę, z której widać było całe Kąty, z charakterystyczną, cebulastą wieża kościołka na pierwszym planie. A kościołek…to ciekawa historia. Kiedyś, wracając z całodziennej włoczegi, podzwieźlismy chłopaka, który zaproponował nam otwarcie, i pokazanie kościołka. Spod zdjętego tynku prześwitują zatarte polichromie, odkryto również inskrypcję początku XVI w. Kościół jest zapewne starszy. Późnobarokowy ołtarz, a w zakrystii szafka na ornaty. Każdy ornat ma własna, płytką szufladkę. Mogliśmy podziwiać XIX wieczne ornaty, haftowane, o nadal żywych barwach. Wielu rzeczy się dowiedzieliśmy. Także i tego, że potomkowie dawniej mieszkając tu Niemców są w ścisłym kontakcie z polską społecznością, i wspólnie prowadzone są prace nad renowacją kościoła. Polacy tu mieszkający, to oczywiście ludność napływowa. Ale powoli zaczynają się chyba wyrównywać wzajemne żale i uprzedzenia. Z korzyścią dla kościołka, i przede wszystkim, dla ludzi.
Wędrując w górę Kątów, w stronę Stronia Śląskiego widzieliśmy wiele opuszczonych gospodarstw. Duże, pewnie zamożne kiedyś budynki, teraz straszą pustymi oczodołami okiem, kalekimi dachami. To przygnębiające. Niemniej to współdziałanie na rzecz kościoła, i innych inicjatyw bardzo mi się podoba. I myślę, że być może kiedyś, na Ukrainie, we Lwowie będzie podobnie. Może zatrą się wzajemne rachunki krzywd. Jestem zafascynowana tym miejscem, i tym, co tam się dzieje. Bo ludzie, którzy pracują nad poprawa stosunków, to pasjonaci
Ale…co jeszcze widzieliśmy? Ponieważ notka wydłuża się niepomiernie, powiem w skrócie
-twierdza kłodzka, i uroczy, średniowieczny most, tamże
-kopalnie złota w Złotym Stoku, rewelacyjna przewodniczka, no i kawałki wytopionej rudy, bo może złoto tam jest?
Lądek Zdrój z ryneczkiem pełnym barokowych kamieniczek
-Staw w Lądku, gdzie moja Smoczyca połknęla bakcyla łowienia ryb, a mały Smok zakochał się w wiosłowaniu
-Skalne Grzyby
-Skalny labirynt, przez który przeciskaliśmy się dzielnie, a Smoki z niepokojem patrzały, czy czasem Mowa nie ugrzęźnie
-Jaskinia Niedźwiedzia, a potem wyprawa na Śnieżnik, i jajecznica w schronisku, a po drodze mnóstwo borówek
-Sanktuarium w Wambierzycach i muzeum ruchomych szopek.
Ech…wrócę tam za rok, bo choć wiele zobaczyłam, to jeszcze więcej nadal jest do zobaczenie. Jestem zakochana w tym rejonie.
A teraz, wszystkim, którzy dobrnęli do końca notki serdecznie dziękuje, i obiecuje poprawę. Jutro będzie o różnych nierozważnościach moich. Spać, bo oczy się kleją

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS