RSS
 

Archiwum - Luty, 2006

Kiedyś….gdzieś…w innym świecie…

26 lut

Jak to było kiedyś…kiedy czas miał kilka lat, odciskał się w tęczowym zajączku na kuchennej ścianie. Albo w smaku włoskich lodów. Przesączał się smuga kolorowego, latarnianego światła na ścieżkach zimowego parku. Inaczej smakował, miał inne barwy. Kuchnia była duża, z balkonem. Latem w skrzynkach rosły tam wspólnie z mamą hodowane pomidory, wił się powój i kolorowa fasolę. Tam puszczało się najpiękniejsze banki mydlane. W skrzynkach na pokojowy oknie rosły ulubione przez Dziadka petunie, o lekko lepkawych, różnobarwnych kwiatach. Pamiętam opowiadane mi przez babcie bajki, słuchałam leżąc w łóżku i patrzałam jak dziwnie światło zmienia wzór na zielono-białej zasłonie. Czasem, kiedy zasypiałam patrząc w okno bałam się tych dziwnych stworów, które poruszały się cieniami jak w japońskim teatrze. Dniem były oswojonymi gałęziami klonu, który zaglądał do okien drugiego pietra.
Babcia…to bajki i opowieści o życiu przed wojna, o dworku, rodzeństwie….czasie tak bezpowrotnie utraconym. Siedziałam na taborecie w kuchni, kiedy prasowała lniane obrusy na dużym stole, i słuchałam. Babcia haftowała. Teraz, kiedy rozkładam jej serwetki, dotykam ich niemal z czułością. Jednego obrusu nie dokończyła. Ciągle tkwi w nim nawleczona przez nią igła z nitką, snuje się zarys kaszubskiego haftu. Nie zdążyła…nie miała już dla kogo zdążyć. Była śliczna, delikatne rysy, zupełnie srebrne włosy i ogromne, piwne oczy. Często wyjeżdżałyśmy razem nad morze, skąd pozwalała mi przywozić wszystkie najpiękniejsze kamienie z plaży, kruche muszelki. To jej czułość trwała nade mną.
Dziadek pokazywał mi las. Zabierał na spacery, wędrówki, pokazywał różne drzewa, rośliny. Kochał góry, kochał las. On nauczył mnie czytać. Gorzej poszło z matmą…nie byłam zbyt podatnym gruntem, a on nie grzeszył cierpliwością. Pamiętam, jak leżał na swoim dużym tapczanie, zasłonięty ogromna płachtą „Polityki”, czasem wychylał się w przekrzywionych okularach zza gazety, i pytał ;”Chcesz iryska?” Pewnie, ze chciałam. Byłam w nim zakochana jako mała dziewczynka. Miał skórzaną kamizelę, nosił ją zima, kiedy było chłodno. Któregoś Bożego Narodzenia zdjęłam z choinki kilka pasm „anielskich włosów”, i włożyłam mu je od kieszeni tej kamizeli mówiąc „Jestem Twoja dama, a Ty moim rycerzem” Nosił mnie na barana, razem stłukliśmy w ten sposób kryształ. Wtedy mnie bronił. Kiedy po wielu, wielu latach likwidowałam to mieszkanie, które było moim dziecinnym światem, zajrzałam do kieszonki w kamizeli. Nadal tam tkwiły. Te właśnie włosy. Wypłowiały, ale dalej tam były, razem ze wspomnieniami. Nasze drogi rozeszły się, kiedy zaczęłam dorastać, i wtedy, gdy stałam się zupełnie dorosła kobietą. Ale jednak…ten znaleziony drobiazg, kiedy Dziadka już nie było, ani całego świata z mojego dzieciństwa…rozczulił mnie.
Mama…zawsze miała dla mnie czas, mimo, ze dojeżdżała do pracy, a w czasach kiedy samochód był nieosiągalny luksusem komunikacja PKS łaskawie jeździła lub nie, 25 kilometrowy dystans stawał się potwornie długą droga. Wracała zmarznięta, zmęczona, ale nigdy nie usłyszałam „Nie mam czasu”. Mało tego czasu było, wychodziła, kiedy jeszcze spałam, wracała pod wieczór. Każdy wyjazd, każde wakacje z nią spędzone były wyjątkowe. Zimą chodziłyśmy razem na sanki. Kiedy byłam nastolatką, pamiętam długie, wieczorne rozmowy. Wspólne kupowanie pierwszych dla mnie butów na obcasie, wakacje w Bułgarii…miałyśmy jednakowe sukienki była tego lata taka szczęśliwa. Potem zaczął się rozpościerać zły czas, spędzany w szpitalach, z coraz gorszymi diagnozami. Pamiętam z jednej strony potworny strach, z drugiej zupełna niemożność uwierzenia w to, ze jest tak bardzo źle. Mój strach? A jej? Wiedziała wszystko o swojej chorobie. Teraz, kiedy sama mam dzieci, rozumiem, jak bardzo się musiała bać i o mnie. O to, co będzie, kiedy jej już nie będzie. Ale przecież i ona, i Babcia, były przekonane, ze ta mała osóbka zawsze sobie poradzi. Więc nie było wyjścia. Kiedy skończę 45 lat, przeżyję ją. To będzie dla mnie prawdziwy próg. To nie zmienia jednak faktu, że ciągle i uparcie tęsknię. Brakuje mi jej.
Pamiętam wieczór, kiedy odchodziła, tam, daleko, w klinice, sama. Wszyscy wiedzieliśmy. Siedziałam z moją koleżanką w moim maleńkim pokoiku, i nie próbowałam przestawać płakać. Na parapecie rosły sadzone przez Mamę fuksje, niezwykle bujne tego lata, w radio Oldfield i Meggy jakaś tam z „Moonlight shadow”, a mój świat się walił. Nieodwracalnie. I z jednej strony chciałam to zawrócić, mimo, ze wiedziałam, ze nie mogę, nie jestem w stanie. Z drugiej…chciałam, żeby przestała cierpieć. Oczy półprzymknięte w śpiączce, zaciśnięte dłonie…nikt mnie nie przekona, ze to było spokojne i łagodne. Potem, kiedy było już po, kiedy trzeba było pojechać i potwierdzić, ze to ona, sprawdzić, czy wszystko zostało w prosektorium przygotowane…zobaczyłam ją po raz pierwszy po śmierci. Chmura ciemnych włosów sczesana z czoła, tak, jak nigdy się nie czesała. Obcości i chłód. I dłonie. Jej śliczne, delikatne o długich pacach ręce. Sino-filetową plama odcięte do jasnego kostiumu. To mi się czasem śni. Po niemal 23 latach. Potem boje się zasnąć.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Już :-)

20 lut

Smoki wróciły. Dom poweselał. Bywający tez sie pojawił. To nie budzi we mnie takiej radości. Ale, co tam, grunt, że znów moge popatrzec jak śpią:)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Co robi Liskaa ?

16 lut

W poniedziałek zapakowałam do bagażnika mnóstwo plecaków, toreb i tobołków, na siedzenie z tyłu troje dzieci, trzy pary nart, jeden snowboard- sprzęt na dziecinnych kolanach, Smoczycę do przodu, i zawiozłam całe to tałatajstwo na parking, skąd miał odjeżdżać autobus na zimowisko, kierunek Tylicz. Pojęcia nie ma czemu nie było czerwonego dywany, płatków róż i oklasków dla Liski, Co To Przyjechała Pół Godziny Wcześniej! Jako PIERWSZA. Do dziś nie mogę wyjść z podziwu. Smoki z przyjaciółmi władowali się do autobusu, ledwie mi pomachały, i tyle ich widziałam. No poza najmniejszym, ten jeszcze nie wstydzi się całować matki publicznie.
W domu resztki niedojedzonego obiadu, jakieś dziecinne drobiazgi porzucone tak, jakby właściciele mieli za moment wrócić. I pustka w każdym kącie. Ale i perspektywa czasu tylko dla mnie, bez gonitwy i bez stresu. Nie trwało długo. Zadzwonił bywający, że mam koniecznie iść do skarbówki we wtorek. Urząd Skarbowy to takie miejsce, które mnie napawa przerażeniem, i gdzie nawet nie musze specjalnej kretynki z siebie robić…bo wychodzi to aż nader naturalnie. Jak się okazało, nie taki diabeł straszny, miła pani uściśliła ze mną różne szczegóły, i skończyło się miękkim lądowaniem. Wieczorne wyjście do przyjaciółki, powrót około 1 w nocy w stanie absolutnie trzeźwym, kwitnącym i ciepłym.
Wtorek…dzień zaczął się bajką, przepięknie, taką bajka, która dzieje się na granicy snu. Mało mi takich dni.
Środa w zasadzie niby nic, włóczyłam się w koszulce po domu, prasowałam, sprzątałam, robiłam mnóstwo drobnych rzeczy, na które zazwyczaj nie ma czasu. Kawa i kolacja z Bakalią, jak zawsze przemiły, ciepły czas. Kwitnę wśród ludzi, którzy mnie akceptują. To oczywiście banał, ale z banałów składa się życie, i oby tych miłych było najwięcej.
Czwartek…koszmar. Od samego rana. Telefony, kłótnie, groźby, mnóstwo rzeczy do załatwienia z niemiłymi ludźmi. Moja odporność na stres zapadła się jakieś 50 pięter poniżej poziomu ziemi. Oczywiście o wszystkich nieprzyjemnościach opowiadam. I zazwyczaj słyszę pytanie :”Ale czemu się denerwujesz?” Pytanie sprawia, ze wściekam się jeszcze bardziej. Ale…i tu się zaczyna pozytyw. Bo zwykle, choć irytujące, działa na mnie jak kubeł wody, albo jak w porę złapana równowaga, kiedy chodzi się po linie. No bo…właśnie, dlaczego ja się tak tymi różnymi rzeczami denerwuję? Czy umrę przez to? Czy świat się zawali? Czy będę nieszczęśliwa? Czy kogoś skrzywdzę? Nie. Oczywiście, ze nie. Głową muru nie przebiję. Trzęsące się ręce i rozedrgany głos nie poprawią mojej sytuacji, za to trzeźwe spojrzenie na problem, owszem. Tym drobnym pytanie sprawia, ze problem staje się jak fuczący, mały kociak trzymany na wyciągnięcie reki. Może mleka? Albo pogłaskać? Albo wypuścić? Zawsze jest jakieś wyjście. I bez nerwów proszę.
I aby było bez nerwów i miło, poszłam do fryzjera, i o kosmetyczki. Poprawiło nastrój. Tak, to zdecydowanie kobiecy, ale skuteczny sposób. Po powrocie do domu jeden telefon pozytywny. Drugi w….…jący. Niemniej jednak przecięłam dyskusję moją nieodwołalną decyzją. No i dobrze.
Teraz mleko z miodem. I niech mnie już dziś nikt nie denerwuje. Na marginesie…zastanawiam się, na ile to, co dziś pisze jest czytelne.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Relatywizm?

05 lut

Jak poczulibyśmy się my, chrześcjanie, gdybyśmy zobaczli karykaturę Chrystusa? A jak my, Polacy widząc podobny rysunek Jana Pawła II ?
Czy wolnośc mediów jest równoznaczna z brakiem szacunku dla innych religii?
I jeszcze…te wszystkie trzy, potężne wyznania- chrześcjaństwo, judaizm i islam pochodzą ze wspólnego pnia. Tym bardziej przeraża nienawiśc.
Chrześcjaństwo, katoloicyzm mają niewatpliwy udział w tej nienawiści. Nie jest bezpodstawna. Zapracowaliśmy na nią od czasów średniowiecza.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS