RSS
 

Archiwum - Marzec, 2006

Czyżby wiosna?

21 mar

Gdzieś tam szczeka pies. Przez uchylone okno leciutko wieje wiatr, przebija się słońce z kroplą błękitu. Smoki już po zajęciach, po obiedzie. Cisza i filiżanka kawy przed zmaganiami z resztą dnia. Nie wiem skąd, ale znów przychodzi wrażenie, ze jednak wszystko się ułoży. Ten optymizm mnie kiedyś zabije. Ale…jak nie mieć dobrego humoru, kiedy jadąc rano do szkoły widzi się cztery sarny ? I obok siebie zachwycony pyszczek małego Smoka? Wystarczy trochę słońca i wiatru , spływa spokój. Choćby tylko na chwilę, ale jednak pojawia się. I, być może wyłoni się z tego chaosu spraw, wydarzeń, emocji na nieco dłużej? A jeśli Nawet nie…to przecież. …przedstawienie musi trwać.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Marzenie

16 mar

Tak bardzo chcę być wolna.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kibic

15 mar

Mariusz miał pecha. Tuż po jego urodzeniu matka trafiła na kilka lat do szpitala psychiatrycznego. Wychowywał go ojciec pomiędzy kolejnymi butelkami wódki, i starszy, bo wtedy 6 letni brat. Pomagała tez jak tylko mogła ciotka, mieszkająca z nimi w jednym mieszkaniu. Bo tam mieszkają razem trzy rodziny. Trzy siostry, każda z własnym mężem, z których każdy pije. Nikt chłopcom nie rokował dobrze. Starszy brat, Marcin zakończył edukację na podstawówce, nic specjalnego nie robił. Ale nie pił. Poznał dziewczynę, wpadli. Miał wtedy chyba 20 lat, ona 18. Dziecko urodziło się w szóstym miesiącu ciąży. Walczyło o życie przez długie miesiące. Do tej pory nie mówi i nie chodzi samodzielnie, choć ma trzy latka. Marcin wyprowadził się z rodzinnego mieszkania od wujków-pijaków. Zaczął szukać pracy. Znalazł. Zrobił różne kursy, pracował na budowach, zdobył doświadczenie. Jeździ ze swoim synkiem na rehabilitację. Spoważniał, nauczył się odpowiedzialności. Chyba wyszedł na prostą.
Mariusz…taki trochę niepozbierany, uczynny i grzeczny chłopak. Jakby zakłopotany długością swoich rak i nóg. Nie uczył się najlepiej, ale starał się jak umiał. Kończąc podstawówkę miał plany, chciał się czegoś nauczyć, mieć zawód, nie żyć tak, jak jego rodzice. Gimnazjum, repeta pierwszej klasy. Ukończone, ale nie poszedł do żadnej innej szkoły. Nie uczy się, nie pracuje. Fajki, towarzystwo, siłownia. Puszczony samopas, bez żadnego nadzoru. Matka – poczciwa kobieta pozbawiona jakiejkolwiek siły życiowej, ojciec silny w obalanych półlitrówkach. Mariusz- jakiś incydent, jakaś bójka, szarpanina, kurator, nadzór policyjny.
W niedzielę wraca z miasta z kolegami. W autobusie jadą tez inni znajomi, kibicujący przeciwnemu klubowi. To on zaczyna aferę, Zabiera tamtym flagę. Potem idą grupą, zatrzymuje się samochód, ktoś wysiada, ktoś pada, nóź w plecach. Śmierć w szpitalu. Mariusz zatrzymany za udział w bójce. Mieli przy sobie kije, łom, pałki. Przypuszczalnie trzy miesiące aresztu. Resocjalizacja? Czy też kierunek na przyszłość- kryminał? Nie wiem. Nikt nie wie. Ale obawiam się, ze ta historia nie będzie miała happy endu.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Coś

07 mar

Małe puszki Pandory
Jak dziko oswojone zwierzątka
kryją się w kątach
Sami łapiemy je
Nieuważnie
Przypadkowo
Potem oblizując
zakrwawione palce
po nieudanych próbach penetracji

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dorastanie

04 mar

Znowu prószy śnieg. To przygnębiające. Ta przedłużająca się zima, ze skorupami brudnego śniegu, szarością wypełzająca z każdego końca. Czekam na każdy promyk, wystawiam wtedy pyszczek do słońca, i próbuję wąchać to cieplejsze powietrze, szukając wiosny, tego wiatru, który pachnie właśnie tak, trochę wilgocią, trochę ziemią. Na razie nie ma. W kominku pali się w najlepsze, zimowe buty i płaszczydła nie dają się wepchnąć w głąb szafy. Co prawda, znam osóbki, które bardzo chcą już jeździć na deskorolce, bez względu na resztki lodu, błoto i żwir na rozkopanej tuz przed zimą drodze. Co więcej, osóbki te są bardzo niezadowolone z braku pozwolenia Pani Matki. I twierdzą, że Matka to złośliwa jest. Że nie szkodzi , ze jeszcze zima walczy. Że przecież Osóbka bardzo chce…to matka zgodzić się powinna. A Matka swoje, jak katarynka. Matce czasem ciężko. Smoczyca, kiedy była młodsza, była najbardziej posłusznym dzieckiem, nie było poważniejszych problemów z dogadaniem się. Teraz…tak bardzo wydoroślała…a z drugiej strony, taka jest w tej swojej dorosłości dziecinna. Czasem mam wrażenie, ze odsuwa się ode mnie gdzieś na obręby swojego świata, ze próbuje udowodnić sobie i mnie, ze mnie nie potrzebuje tak jak kiedyś. Okres totalnej negacji. Czasem rzeczywiście, podstawnej…ale najczęściej dla samej zasady przeczenia. Rozumiem to. Wiem , to dorastanie, szaleją hormony. Wiem, ze znalazła się w nowej społeczności, która ją zaakceptowała, ze czuje się tam całkiem nieźle. I rozumiem, że to taki wiek, kiedy za wszelka niemal cenę podkreśla się swa odrębność od rodziców. Kiedy Smoczyca była młodsza, bałam się o nią, bałam się, ze to taki delikatny, szalenie wrażliwy człowieczek, ze będzie łatwo ulegać wpływom innych, że, być może, inni będą mogli nią łatwo kierować, niekoniecznie w najlepszy sposób. A tymczasem…nic podobnego. Zaskakuje mnie czasem wnikliwością sadów na temat swoich rówieśników, umiejętnością selekcjonowania znajomych, czasem ironia, i dość ciętym językiem. Ta dawna delikatność chowa się pod skorupa twardej nastolatki, nie wypada się wzruszyć, rozczulić, o przytulenie do starej matki nie wspomnę. Ale wiem, ze to jest w niej nadal. Tylko taki wiek, kiedy wstydzimy się swoich uczuć, i koniecznie musimy być zawsze cool. I tłumaczę to sobie. Wiem, że to taki czas, ze trzeba pozwolić się dziecku odsunąć, po to, by potem znów być razem blisko siebie. Ale jest mi przykro, kiedy warczy, kiedy neguje moje zdanie dla samej zasady, często postępując na zasadzie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Staram się przypomnieć sobie siebie. Nie byłam grzeczna ani pokorna, ani tez pilna. Tez miałam rozdwojony jęzor. Teraz rozumiem, co musiała czuć moja Mama i Babcia. I tłumaczę sobie, że musze mieć cierpliwości, bo taki etap jest po prostu w ewolucji dziecka widocznie niezbędny. Ale….mimo tego, że wiem, że rozumiem, jest mi przykro….i…nie przypuszczałam, że to takie trudne.
A dziś było milo…choć nie obyło się bez zgrzytów, ale, co tam. Pojechałam ze Smokami do Muzeum Narodowego, na wystawę „Bron i barwa” i Rzemiosło w Polsce. Świetne, obydwie, każdy znalazł cos dla siebie. Zbroje, miecze, strzelby, ordery, piękne szkło, porcelana, cudeńka. A potem obiad we włoskiej, sympatycznej restauracyjce, Smoki, jak zazwyczaj, pizza, ja pasta con spinach. Bo ja…kocham szpinak :-)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS