RSS
 

Archiwum - Maj, 2006

Don Brown

23 maj

I o co tyle krzyku? Jakiś Amerykanin napisał książkę, która okazała się być bestsellerem. Bestseller, to nie znaczy arcydzieło. Arcydzieła z natury rzeczy rzadko robią karierę w momencie, kiedy się ukazują. Zarobił krocie. No i dobrze. Ksiązka kontrowersyjna? Tez dobrze. Nie ma religii, filozofii, kierunku w sztuce czy polityce, który by nie był w jakikolwiek sposób kontrowersyjny. Jakie jest źródło kontrowersji w tym wypadku? Ano, pan Brown w zręczny sposób miesza fakty z legendami, dodaje szczyptę własnej interpretacji, doprawia to sosem historyczno-sensacyjnym, i proszę, kotlet gotowy. Tak, nie homar, nie ostrygi, nie jakiekolwiek wymyślne danie, lecz zwykły, dobrze wysmażony kotlet. Taki, co to się go zjada, ale nie myśli ani o dokładce, ani nie staje się on mrocznym przedmiotem kulinarnego pożądania. A tymczasem …Brawnowym kotletem wszyscy się krztuszą. Kościół, bo to herezje. Ludzie, bo nagle odkryli, ze Leonardo nie jest tylko książkowym człowiekiem renesansu. Filmowcy, bo to potencjalna możliwość zarobienia niezwykłej kasy. Wszędzie wrze. A przecież nie od dziś wiadomo, że Ewangelie kanoniczne zostały spisane dopiero pod koniec IV wieku. Że wcześniej była to tradycja przekazywana ustanie, ponieważ chrześcijaństwo w swych początkach było religią ludzi prostych i ubogich, najczęściej nie umiejących pisać. A skoro jakąś historie przekazuje się z ust od ust przez ponad 400 lat, to jej jądro obrasta różnorakimi dodatkami. Ewangelie apokryficzne? Też nie odkrył ich Brown, obawiam się, ze ma na ich temat dość mgliste pojecie. Sam obraz Leonarda „Ostatnia wieczerza”, jak każde wybitne dzieło ma wiele możliwości odczytania, interpretacji. Na tym polega doskonałości wysokiej sztuki, ze każdy może odbierać ją subiektywnie, może inspirować do przemyśleń i wrażeń.
Dla mnie „Kod Leonarda” jest sprawnie napisanym kryminałem z historycznym pseudo-kontektem. Ale wiem, ze dla młodych ludzi, których wrażliwość jest nieco inna, wiedza o religii, historii i sztuce jeszcze dość płynna, może ta książka zawrócić w głowach. I tu pojawia się jeszcze jedna, ważna, jak sądzę , kwestia. Współczesny człowiek coraz rzadziej i z coraz większym trudem umie oddzielić fikcję od rzeczywistości. Obecny, konsumpcyjny świat sam ten problem stwarza. To np. podatność na reklamę…głęboka wiara w to, ze jeśli zalejesz biała koszulę sokiem z buraków, ot po użyciu płynu X będzie ona nawet bielsza niż kiedykolwiek przedtem. Podobnie jest z „Kodem”. To jest fikcyjna historia, która nie wydarzyła się w rzeczywistości, natomiast kompilacja pewnych faktów nie czyni jej prawdziwą. Analogiczny problem dotyczył Harrego Pottera. Nadal dotyczy np. gier komputerowych. I jeśli rzeczywiście jest jakiś poważny problem związany z „Kodem”, to według mnie dotyczy on właśnie nieumiejętności odgraniczania fikcji literackiej od rzeczywistości. Bo przecież to, ze beletrystyka opisuje Chimery, nie znaczy, że one istnieją.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wysokie napiecie

22 maj

Są dni, kiedy wszystko wymyka się spod kontroli, złośc i wściekłość emanują ślepą furią. Wszytko rozpada się pod palcami. Nie pomogła kąpiel pachnąca, ani kieliszek wina. Nic. Jestem zmęczona, wściekła, chcę gdzies zwiać. Nie znoszę siebie czasem, np. dziś. Robię krzywdę innym i sobie. Wszytko się we mnie jeży i spina. Dzis nie cierpię całego świata. Obchodzić z daleka, w żadnym razie nie dotykać. Rozszarpuję gardła.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Matka i córka

15 maj

Moja córka się gniewa. Ba, złości wręcz. Dlaczego? Ma wredną matkę, ot co. A co zrobiła matka? Nie pozwoliła pójść w najbliższą sobotę do galerii Kazimierz. Oświecę drogich czytelników, to nie galeria sztuki, tylko galeria handlowa. A córka tak bardzo chce kupić sobie bluzkę w Reporterze, a może w Cropp Town, albo w jakimś innym wielce kultowym sklepie. Matka nie pozwala dlatego, że z ostatniej wyprawy do skate parku córka wróciła spóźniona całe 40 min, mimo, ze wyżebrała dodatkową godzinę. Ponadto złapała jedynkę za brak wypracowania z j. polskiego, jedynkę z geografii, i jedynkę za ćwiczenia z biologii. Matka wie, ze to drobny szczegół, bo wszak szkoła jest całkiem fajna, gdyby jeszcze tak w niej nauczycieli ani lekcji nie było…Matka wredna jest. Nie pozwoliła kupić butów , takich specjalnych, na deskę, za to drogi Bywający od przypadku od przypadku ojciec w mig pospieszył z kasą. No bo dziecko chce. Matka jest…zazdrosna, bo matka jest prawem w tym dziwnym domu, konsekwencją…choć to takie trudne, ramionami, które przytulają, gdy coś boli, lub świat dogryzie, ciepłym słowem, uśmiechem. Ale i zmęczeniem, zniecierpliwieniem, bywa kłębkiem nerwów. Żeby nie było…wygłupem i szaloną wyprawą również. I smutno jej, zazdrośnie niesłychanie, kiedy widzi, jak łatwo obejść różne rzeczy, od lat pielęgnowane. Jak łatwo wyciągnąć kasę z kieszeni na różne zachcianki, nowe rolki, mp3, buty bajeranckie. Jak łatwo nie dotrzymać słowa, brak słowności pokryć kasą. Matka mówi o sobie z przekąsem ‘wredna jestem”…ale zastanawia się tam, głęboko w środku…może rzeczywiście wredna jestem? Albo…jeszcze gorzej, może dzieci uważają, że wredna jestem? Ale matka tez wie, ze niestety, życie nie daje wyłącznie tego, co by się chciało. Szybciej zabiera, niż daje. Wie, ze nic nie spada z chmur. I wie, ze bardzo trudno żyć w przekonaniu, ze wszystko się należy, ze naturalne jest spełnianie wszelkich zachcianek. No i się smuci. Bo..chłopcy są blisko, ciągle spragnieni jej towarzystwa, przytulenia, buziaka. A Smoczyca….tak bardzo daleko. Czy to nie śmieszne, ze to Matka czuje się odrzucona? Tak trudno odizolować się od własnych emocji. Tak trudno patrzeć na to wszystko rozsądnie, z wiedzą i wiarą, ze to dorastanie, przepoczwarzanie się minie kiedyś. Ale…teraz jest po prostu koszmarnie okropne. Ciągle widzę małego ludzika, który drepcze po wiślanych walach, z Wawelem, lub z norbertankami w tle. Zielona kurteczka, czerwone porteczki i czapeczka, taki krasnoludek. I ta mała łapka w moje ręce. A teraz….pusto. Łapka pewnie marzy o zupełnie innej łapie. A ja…ja sama nie chcę być tylko złota rybka, która spełnia wszelkie zachcianki. Oczywiście, dlatego, ze już taka wredna jestem.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Sielsko

06 maj

Na Wawelu kwitną magnolie. Trawnik zajęły trzy rozleniwione koty. Gapiły się leniwie i z lekceważenie, tak jak to tylko koty umieją. Kilka dni wcześniej w gminnym Urzędzie Komunikacji, kiedy składałam papiery, by wymienić prawo jazdy, na środku urzędowego holu leżał kot jegomość szary, pręgowany i niezwykle puchaty. Wstał powoli, przeciągnął się, otarł się o nogi siedzących na ławce petentów, i dostojnym krokiem poszedł w sobie tylko znanym kierunku.A towarzyszący mi Najmniejszy Smok miła niezwykła radość. Dziś, z wysokości monitora moje poczynania cenzuruje Punia. Wygląda jak Sfinks.
Dzień minął mile i wiosennie. Wreszcie, pierwszy raz od września pojechaliśmy do stadniny. Poprzedni wypad skończył się upadkiem Smoczycy podczas skakania, z napuchnięta szczęką, i moim strachem. Na szczęście, tylko na strachu się skończyło. Potem złamane palce w szkole, wreszcie późna jesień i zima sprawiły, ze zaniedbała ukochane dotąd konie. A dziś…jakby z mniejszym niż dotąd entuzjazmem. Ech…straszne te nastolatki. Czekając na jazdę poszliśmy na spacer, obejrzeć źrebaki na dość odległym wybiegu.droga między zielonymi polami, łakami żółtymi od mleczy, kepami kwitnących drzew. Sielsko-anielsko.
Cudo było biało-kawowe, z bajecznie długimi nogami, tygodniowe. Biegające tak, jakby malutki tułów nie mógł nadążyć za niesamowitymi nogami. Byliśmy oczarowani. Potem zostawiliśmy Smoczycę w tym końskim raju, a ja ze Smokami pojechałam do mojej ogrodniczki. Oczywiście, skończyło się zakupami. Lubię to miejsce. Pies z kotami żyją w zgodzie, wszystko rośnie w oczach…i taki spokój…
Popołudniowy powrót do domu, późny obiad. Potem kanapa i koc, bo przemarzłam, pogoda niestety się zepsuła. Kawa z adwokatem i ksiązka…i nieuchronne zamkniecie się oczu. Teraz Smoki oglądają Gliniarza z Beverly Hills III, a ja sobie….a nie powiem

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Skojarzenia?

02 maj

Bruce Willis znów dziś zbawiał świat. Ech…ten facet jest niebywale zapracowany. Pomiędzy wierceniem dziury w asteroidzie wielkości Teksasu ratuje rude piękności wlatujące do jego powietrznej taksówki. Małe piwko, ze piękności są nieodzownym elementem do ratowania ludzkości. W objęciach Willisa, rzecz jasna. Bo nie dość że ratuje ludzkości co jakieś 5 minut, to kobiety kleją mu się do rak, szczęściarz jeden. A ja, kobieta niedoskonała, prasując różne ciuchy…gdzie mi tam od zbawiania świata…jestem prawie jak Kopciuszek. Prasuję niedoskonale koszule…myślac o tym, z jaka doskonałością moje palce rozpinają guziki opowiadając dotykiem historie z Mont Everestu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS