RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2006

….

21 lip

No to pa :-)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmysły

14 lip

Smakuję deszczem.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ogłoszenie

07 lip

Szukam wspólników do przeprowadzenia zamachu stanu. Szybkich, precyzyjnych i skutecznych. Precz z Kaczyzną.
W razie zerowego skutku niniejszego ogłoszenia, pozostaje mi tylko emigracja…wewnetrzna.
Serio. Płakac czy śmiać się? Polskie, zoo, polskie piekło, polska paranoja.

taka zmęczona
i pijana wciąż
dlatego nie

NIE PYTAJ WIĘCEJ MNIE

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że…
że nie ma dla mnie innych miejsc

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chce
zasypiać w niej i budzić się

te brudne dworce
gdzie spotykam ja
te tłumy które cicho klną

ten pijak który mruczy coś przez sen
że PÓKI MY ŻYJEMY ona żyje też

NIE PYTAJ MNIE
NIE PYTAJ MNIE
C0 WIDZĘ W NIEJ

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chcę
zasypiać w niej i budzić się

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że…
że nie ma dla mnie innych miejsc

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dwa tygodnie bajki

06 lip

Wróciłam. Jeszcze teraz, kiedy przymknę oczy, widzę zatokę, morze, skały, niebo. Było bosko. Od czego zacząć? Mnóstwo wrażeń . Spróbujmy.
15 czerwca zapakowałam dzieci i mnóstwo gratów, wsiadłam w samochód i wyruszyłam w drogę do Chorwacji. Podróż była śmieszna, bo, oczywiście, jak zazwyczaj zjechałam z naszej zwrotnej, 50 km autostrady nie tym zjazdem, co trzeba, i pokręciłam się w rejonie Mysłowic, Katowic. Wreszcie wypadłam na drogę do Bielska i Cieszyna, i w zasadzie od tej pory bez większych zgrzytów potoczyłam się dalej, nie licząc miłego pana w Czechach, co to sprzedał mi czeską winietkę, a nie austryjacka, o które zresztą prosiłam. Wylądowaliśmy w Mikluowie, na granic z Austrią, znalazłam bez problemu bardzo wygodny nocleg, nie wspominając o negocjacji ceny, udanej wyjątkowo. Potem spacer po małym, ale urokliwym miasteczku. Drugiego dnia wyruszyliśmy nie tak wcześnie, jak planowaliśmy, ale Wiedeń został zdobyty, granica ze Słowenią pokonana, lody w ślicznym Ptuju (Słowenia) zjedzone, i granica Chorwacka przejechana.
Tuż za Karlovaczem zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie ma powstać muzeum wojny domowe. Są tam czołgi, tankietki, haubice, i inne maszyny, których nazw nie znam, jednak wiem,że służą do zabijania. Obok zniszczone, puste budynki. Było sobie kiedyś życie, toczyło się zwyczajnie. Ktoś pracował, ktoś się bawił, rodziły się dzieci, ludzie umierali spokojnie. A potem…bach…i koniec. Zostają puste ściany, wypalone domy, ślady po kulach. Takich domów w Chorwacji jest bardzo dużo. Z jednej strony cudowne, bajeczne wybrzeże, z drugiej ciągle jeszcze widoczne ślady wojny.

Karlovacz.JPG
Karlovacz

Kolejny nocleg 15 km przed Plitwickiemi Jeziorami. Zasada jest prosta, im dalej od głównej drogi, tym taniej. I tak z 60 Euro zjechaliśmy od 30.
Tym razem wyruszyliśmy rzeczywiście wcześnie, i już po 8 trzymaliśmy w dłoniach bilety wstępu do Plitwic…a może do raju? Bo tak zazwyczaj przedstawia się raj. Zieleń roślinności, szmaragdowe odcienie wody, ogromne, kolorowe motyle, i ważki jak ożywiona, secesyjna broszka. Wodospady, jeziora, kładki, krótki rejs po najdłuższym jeziorze.

P1000545.JPG
A może rybkę?

Każde miejsce warte podziwu, każde oszałamiająco piękne. Tego nie można było nie zobaczyć.
Plitvice.JPG
Plitvice

Klejnot?

wazka.JPG

Z żalem kończymy wędrówkę po godzinie 14, i ruszamy dalej. Zmienia się pejzaż, zmieniają się góry. Zupełnie puste tereny, szczyty wyskakujące z płaskich przestrzeni. Nie ma lasów, pojedyncze drzewa i krzewy, skałki. Bardzo surowo, dziko, majestatycznie. Coraz bliżej morza. Przejeżdżamy nie zatrzymując się przez Knin, twierdza góruje nad miastem. Potem jakieś malutkie miejscowości. I nagle….policja, i stop. I co? Speed limit, Speed limit. Oj Liskaa, liskaa, gadają. Usiłuję się z nimi dogadać po angielsku, cos tam rozumieją, ale chyba nie za bardzo. Jeden wyciąga swoją ksiązkę, i pokazuje mi, ze powinnam zapłacić 700 kuna mandatu. Bo tu jest maxymalnie 40, a ja miałam 76 na liczniku. Niby nie jak światło, ale jednak. No więc się targuję, na co oni oczywiście czekają. Staje na 200, co w zasadzie tez nie jest mało. Ale kłóć się tu kobieto z policja w obcym kraju. No to płacę. Oczywiście, nie ma żadnego kwitu, kasa ląduje w kieszeni. A fuj.
Jadę dalej, teraz już do końca pobytu tutaj będę pedantycznie przestrzegać wszelkich ograniczeń. Jak 40, to 40, jak 30 to 30. No i wleczemy się, aż wreszcie uderzamy nosami w Szybenik…i w morze. Przepiękne, w zachodzącym słońcu morze, wcinające się w lad nieskończoną liczba zatoczek, zaśmiecone wyspami, wysepkami, wysepeńkami. Dech zapiera. Jeszcze 50 km do naszej kwatery. Teraz jedziemy Jadrańską magistralą, która ciągnie się przez całe wybrzeże aż do Dubrownika. I ach, jakie oleandry, i och, jakie palmy, i ojejku, jakie morze. Tak mniej więcej achamy i ochamy całą droga. Skręcamy, i po 9 km kluczenia boczną drózką wjeżdżamy do Razanij. Malutka wioseczka leżąca nad kilkoma zatoczkami, Miejsce spokojne, bez kurortów i tłumu turystów. Takie, jak sobie wymarzyłam. Apartament bez luksusów, ale wygodny, gospodarze mili i nie narzucający swej obecności, i przede wszystkim, do plaży jakieś…50 m w linii prostej. Idąc drogą miedzy domami, nie więcej nie 2 minuty.
Pierwszy dzień, to spotkanie z jeżowcami, ale nikt się na nie nadział. I nurkowanie, raczej pływanie z maską. Świat podwodny fascynujący, kolorowy, niezwykły. Ławice błękitnych, małych rybek na wyciągnięcie ręki, rozgwiazdy, ośmiornice. Większe ryby pływające tuz przy dnie porośniętym jakaś roślinnością, wyglądają jakby się pasły na podwodnych łąkach.
Smoki szaleją, ja pływam z nimi, a potem dostojnie siedząc sobie na leżaku spalam ramiona i dekolt. To jest moje wkupne w chorwackie słonce.
Siedzimy spokojnie dwa dni, potem zaczyna mnie nosić ciekawość, i jedziemy do Trogiru.

P1000645.JPG

Zakochuję się w nim bez reszty. Labirynt wąziutkich uliczek, gdzie mieszkańcy przeciwległych domów mogą sobie podać ręce przez okna, biały kamień, gotyckie i renesansowe portale, zakamarki, mury obronne w porcie, bajeczne jachty, i palmy. Ciemnozielone drewniane okiennice, półmrok uliczek, oleandry zaplatane w mury i podwórka budują niezwykły klimat.

Trogir%20w.JPG

W nastepnych dniach zwiedzimy jeszcze Szybenik, Zadar i Split. Każdy jest piękny na swój sposób, ale mnie najbardziej podobała się właśnie Trogir. W Szybeniku ( tez ucierpiał w czasie wojny, choć śladów nie widziałam), podziwiamy panoramę miasta i zatoki z twierdzy, przerażają mnie klaustrofobiczne parkingi. Ciekawy kościół, gdzie gotyk spotyka się z renesansem. Zaułki, schody, czerwień dachów.

P1000690.JPG
Katedra w Szybeniku

Potem Zadar. Bardziej przestrzenny, geometryczny plan równoległej siatki ulic. Bizantyńska rotunda, resztki z okresu rzymskiego, wspaniałe lody, port, w którym moją uwagę przyciągają jachty przeróżnej maści.

P1000709.JPG
Kościól w Zadarze

P1000714.JPG
Sympatyczny jegomość, nieprawdaż?

Wieczorny powrót do domu, potem znów słonce, pływanie, spacery pod wieczór do sklepu, lody, a dla mnie espresso z mlekiem. Sielskie życie. Split. Stare miasto leży w obrębie pałacu cesarza Dioklecjana, mury pałacu wyznaczają miasto.

P1000836.JPG
Mury pałacu cesarskiego

Mauzoleum Dioklecjana to teraz katolicka katedra.

P1000823.JPG
Kolumnada przy mauzoleum Dioklecjana, dzisiejszej katedrze.

Tak spotykają się i mieszają kultury. Jest pięknie ( zdecydowane nadużywam tego słowa, ale nie ma innego wyjścia).Błądzimy po uliczkach, tradycyjnie rozsiadamy się w kafejce na lodach, potem oglądam targ rybny z wszelkimi morskimi skarbami, niemniej zapach nas stamtąd szybko wygania. Jest piekielnie gorąco, nawet Chorwaci mówią, ze to wyjątkowe upały jak na czerwiec.
Nasi gospodarze zapraszają nas na lanch, gadamy po angielsku, szukamy wspólnych, polskich i chorwackich słow. Ryba z grilla jest wyśmienita, tym bardzie, ze żywimy się tu makaronami z sosami oraz pulpecikami, klopsami i gulaszem Pudliszkowym. Dobre…ale pod koniec nie możemy na to już patrzeć. Do lanchu tutejsze, białe wino, dostałam w prezencie butelke, połyskuje teraz tamtym słońcem w kieliszku.
Rejs motorową łódką gospodarza, prowadzi jakiś jego znajomek, pewnie mógłby być moim ojcem. Miły, zabawny, puszcza do mnie oko. Płyniemy i podziwiamy Razanji z morskiej perspektywy. Chwila na kąpiel przy pustej, skalistej plaży. Potem okazuje się, ze silniczek kaput, no i Mały Smok ma frajdę, bo dorwał się do wioseł, i całkiem nieźle sobie z nimi radzi.
Niedaleko jest do Primostenu. To miniaturowe miasteczko zbudowane na wysepce połączonej z lądem mostem, stad nazwa „Primosten”. Na wyspie nie ma ruchu kołowego, szczyt wyspy to mały kościołek i cmentarz wokół niego. W miasteczku knajpki, kafejki, i oczywiście port, i oczywiście łodzie jak marzenie. Primostem widziany z drogi, tu przed zachodem słońca wygląda jakby unosił się w powietrzu. Granica między niebem a morzem znika, wszystko zlewa się w jedną przestrzeń, tylko wieża kościoła, białe domki i czerwone dachy dryfują spokojnie.

Primosten.JPG

Tam kupiliśmy pamiątki, Smoczycy filigranowego, srebrnego motylka, dla mnie srebrną, ciemną, filigranową kulkę na szyję a chłopaki śmieszne ludki zrobione z śrub, nakrętek, i innych cudów. Jeszcze lody, i wiemy, ze to nasz przedostatni wieczór tutaj. Pewnie przedłużyłabym pobyt o dzień czy dwa, gdyby nie to, ze na nasze miejsce przyjeżdżają następni goście.

P1010208.JPG
Ostatni wieczór.

Pakujemy się, i z żalem patrzę za siebie. Jeszcze z drogi połyskuje morze, w porannym słońcu nieprzytomnie niebieskie.

widoczek.JPG
Taki widoczek
Jeszcze raz patrzę na Primostem, jak płynie w otoczeniu innych wysp. Ostatnie oleandry, ostanie spojrzenie…droga odbija na północ, morze znika. Wracamy. W Austrii na autostradzie pada lekki deszcz.. A jeszcze kilkanaście godzin temu…Śpimy w Czechach, potem spokojnie i bez pospiechu jedziemy do Polski. Zieleń jest szmaragdowa, nie ma wypalonych słońcem przestrzeni. Jesteśmy w domu.

A o kocie pulpecikowym? O tym, jak Smoki skakały z pomostu do wody? O tym, ile było śmiechu i zabawy? O przeczytanych tam książkach? A gorących nocach bez śladu wiatru? O…o tym wszystkim, co widziałam, i czułam?
Ale koniecznie o tym, ze kiedy już siedziałyśmy na łózku Smoczycy w domu, i gadałyśmy ot, tak sobie…powiedziała „Wiedziałam, ze tam będzie pieknie, ale nie myślałm, że aż tak…”

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS