RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2007

Do czego prowadzi ogladanie malarstwa

11 lip

Naoglądała się kobieta obrazów, i proszę. Malarz miał przyjść, nie przyszedł. Farba czeka, Bywający pojechał, i co? Chata wolna, nic, tylko imprezę robić. Poprosiła Liska znajomą parę rąk o pomoc, sama włożyła stare płócienne spodnie, koszulkę biało-lila, żeby pasowała, włosy zawinęła w kitkę, i dawaj do malowania. Może i drugi Klimat z niej nie będzie… ale pokój małego Smoka zrobił się czysty i pistacjowo-zielony. No i zniknęły ślady z taśmy klejącej, którą oblepione były absolutnie wszystkie ściany. I teraz Liska zmęczona jest jak pies i dumna jak paw. Ha! Ma również pełną świadomość, że Bywający będzie gderał, wynajdzie niedokładności ( zawsze wynajdzie, no chyba, ze sam coś robi, wtedy jest idealnie), i skrytykuje. Ale co tam. Mały Smok będzie się bardzo cieszył. A Lisce już mordka się śmieje. I to jak :-))

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oczy szeroko otwarte

08 lip

Wiedeń…kilka dni intensywnego oglądania. Muzea, miasto, ludzie. Za mało, żeby rzeczywiście posmakować, rozgryźć. Kawa, apfelstrudel, metro, obrazy. Przeskok od zupełnie innego życia, czas bardzo wypełniony, pełen intensywności.
Zaczęliśmy standardowo i turystycznie od katedry św. Stefana. Imponujący gotyk, portale pełne dziwnych stworków. Ale mimo niewątpliwie pięknej gotyckosci, robiącej wrzenie….czegoś brak. Kościoły się komercjalizują.. czasem oglądając takie miejsca ma się wrażenie, ze ta nieuchwytna atmosfera sacrum uleciała, i pozostaje poza naszym zasięgiem.
Spacer przez Graben, ekskluzywne sklepy, kolorowy tłum, zakwefione Arabki robiące zakupy u Gucciego. I Hofburg. Ogromne, wielkie, ciężkie, niemal przytłaczające. Imponująca szalona, obfita barkowa forma. Skarbiec, który bardzo chcielismy zwiedzić, był, niestety zamknięty, ale kawa z apel strudel ( jakże inaczej) w uroczym parku poprawiła nam nastroje. No i wróble. Przysiadające na pustych filiżankach, wydziobujące okruszyny z talerzy na sąsiednim stoliku. Kwintesencja łobuzerskiego wdzięku. Fontanny, kwiaty, mnóstwo róż, niestety, już po głównym kwitnieniu.
Wiedeń najbardziej oczarował mnie wieczorem, kiedy gmachy są oświetlone, nabierają innego wymiaru i lekkości. Parlament, ratusz…i pomarańczowe, cudne porsche pewnie z lat 60. Obfotografowane przeze mnie z każdej strony, bo Smoki przepadają za takimi cudami, ja zresztą też.
Pogoda była wyjątkowo zmienna i wietrzna, co sprawiło, ze pewnego wieczora byłam z pewnością najlżej ubrana kobietą w mieście, a już z pewnością na środku Dunaju.
Chyba najbardziej cieszy mnie oglądanie ukochanego Klimta na żywo w Belwederze. A może zamyślony, mistyczny Frierdich…a może Bregel, albo Archimboldo? Cieszy mnie niezwykle to, ze obrazy, które dotąd widziałam w albumach, mogłam podziwiać „twarzą w twarz”.
Schonbrunn z francuskimi ogrodami, finezyjnością rokoko , panorama miasta spod Glorietty, tez zostawia niezatarte wrażenia.
I przede wszystkim: ciągła świadomość, ze jeszcze w tylu miejscach nie byłam, i tylu rzeczy nie zobaczyłam. Zachłanność. Ale Secession też już moje, pawilony Wagnera na Karlsplatz. I…chce jeszcze.
Wracając do Polski zatrzymaliśmy się w uroczym słowackim miasteczku, Trenczynie. Fontanna z wodnikiem , dobry obiad, i dalej w drogę. Smoki jak się okazało, poradziły sobie z Bywającym, dopilonowaly w zasadzie wszystkiego. I były niemal spakowane , ponieważ wracałam z Wiednia nocą, 6 lipca, a oni wyjechali na kolonie 7 wieczorem. Teraz dom jest pusty, atmosfera duszna…tęsknię….i jakoś mi dziwnie pusto. Dzieci nie ma, dzień się wlecze…chociaż, żeby nie wypaść z rytmu, zaliczyłyśmy dziś z Rodzynka wystawę w Mangha, poświęconą Stanisławskiemu, i jego szkole. Mnie się podobało. Mogłabym mieć kilka takich obrazków. Inni pokręcili nosami…ale kawa z widokiem na Wawel jest równie dobra jak ta wiedeńska. No i to jest mój Wawel. A na wieczór czeka samotna butelka czerwonego wytrawnego wina. Tylko ona i ja.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS