RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2007

Nekrolog

31 gru

Liskaa sie ubrała, wytuszowała rzęsy, szukała w kasetce z cieniami blasku…na prózno, przeciagnela usta błyszczkiem. Całość wypadła całkiem ok. tylko jakoś tak bez iskierki. Liskaa siedzi i podejmuje daremna próbe reanimacji trupa. A może nawet trupa już nie ma? Czy można reanimowac nic? Albo czekać na nic? Zaraz przyjdą znajomi, taka spontaniczna sywestrowa nasiadówka. Trzeba sie mobilizować. Gimnastykować usta, żeby wyginały się kącikami w góre, trzeba mobilizowac mózg, żeby znaleźć oczekiwaną odpwiedź. Moze to i dobrze. Do ciemnej doliny, w której Liska siedzi, i pewnie posiedzi jeszcze jakis czas, dochodzą jednak ciepłe promyki . Dziękuje Wszystkim za nie.
Nie wiedziałam, ze cokolwiek może mnie tak zabić.
Proszę o nieskładanie kondolencji.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Requiem

27 gru

 

Każdy dzień, godzinę, minutę

Tajemnice Twojego i mojego ciała

Uśmiech, łzę

Nadzieje i rozpacz

Zapakuję w lawendowy papier

Mojej pamięci.

Miejsca wspólne

I miejsca rozłączne

Pejzaż z Twoją czułością

Fale na Wiśle

Rytm wspólnych kroków

Banalnie proste ciepło rąk

Twój szept

Mój jęk

Całą sekretną rzeczywistość

Nie chcąc muszę zamknąć

W małym pudełku

Które mnie wypełnia.

Miedzy wieczkiem

A spodem

Wciąż, chociaż daremnie

Przebija światło

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zyczenia

24 gru

Wszystkim : Spokojnych Świąt.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmrożone piękno

22 gru

Marzenie na dziś i na najbliższą przyszłość: pokryć się szadzią, jak dzisiejszy świat. I nic, zupełnie nic nie czuć.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przedświątecznie

16 gru

Na Rynku rozsiadły się Święta kolorowym kiermaszem. Bańkami, jakby co roku brzydszymi i pokraczniejszymi, grzańcem galicyjskim, oscypkami z grilla ( tak samo dobrymi), stroikami mniej lub bardziej kiczowatymi, choinkowym lasem zasłaniającym podkopy przy Sukiennicach, i ogromną, srebrzyście oświetloną choinką. Tłumy przepływają miedzy budkami, gadaj w różnych językach, kupują cuda nie z tej ziemi. A ja jakoś nie. Najpiękniejsze były te stare banieczki, jeszcze z mojego dzieciństwa, a może i starsze. Niestety, Smoki z kotem do spółki wytłukły je bez litości. Kot, kiedy był bardzo młodym kociakiem łaził po choince jak wiewiórka, a banki spadały jak szyszki. Ulotność ozdoby, ulotność chwili…zadziwiająca zbieżność.  Ze starych zabawek został bardzo już sfatygowany żyrandolik, i zegarek, zrobione z koralików i kordonka, jeszcze przez starszą siostrę mojego dziadka…mają już pewnie ok. 100 lat. Biorę je do rak z czułością, bo takie kruche, sfatygowane, zabiedzone. Kupiłam koraliki, i może w chwili wolnego czasu zrobimy repliki tych cudeniek. Niemniej, jakkolwiek na to nie patrzeć, nie będzie to już to samo.

Biegam, kupuję prezenty, załatwiam mnóstwo spraw, milszych, i w większości mniej milszych, ciągle cos mnie gna. Nie pamiętam, kiedy spędziłam całe popołudnie w domu. I wszystko byłoby do przyjęcia, gdyby nie to ciągłe podskórne napięcie, ciągłe poczucie, ze jeszcze cos muszę, cos powinnam, że na coś nie mogę się spóźnić, a jeśli czegoś  nie zrobię, to świat się zawali. Otóż się nie zawali. Nawet teraz, kiedy nic się nie dzieje, nie mogę się pozbyć tego wewnętrznego…dygotania. Marzę o spokojnym kołysaniu i tym rodzaju ciepła, które powoduje, ze opada całe napięcie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS